30- 31 stycznia, Kho
Phi Phi.
Plątanina wąskich, ciasnych i krótkich uliczek, gąszcz straganów,
sklepików, setki zakrętów, dziwacznych przejść, budy zlepione z byle czego,
przyklejone do siebie, przywiązane sznurkiem, kawałkiem gumy, sprawiające
wrażenie tymczasowych a przecież na stałe, bo mające kawałek czegoś co może
uchodzić za łóżko. Wystarczy kawałek dykty, stare drzwi, jakaś szmata, koc i
już śpi dziecko, wkomponowane pomiędzy, jakby zawieszone w próżni, ani pod
stołem, ani na podłodze, ani w hamaku a już na pewno nie w swoim pokoju, czy
oddzielnej sypialni. Domy funkcjonują jako sklepy, magazyny, stragany i
restauracje w jednym. Zbite z kilku desek coś , pokryte starą podziurawioną
ceratą, tworzy kącik, w którym można
turystę posilić. Byle było odrobine
przestrzeni do postawienia talerza, przypraw i wody. To wystarczy.
Kolorystyka, architektura wnętrza, design, wystrój, się nie liczy, to nie ma
kompletnie znaczenia, wystarczy cokolwiek, co może służyć za siedzisko i
stolik. I tyle ! Dziś zjedliśmy makaron smażony z kurczakiem, jajkiem, i
jakimiś przyprawami znanymi tylko lokalnym kucharzom, w takiej budzie właśnie.
Doprawiliśmy sobie nasze zamówienie garścią mielonych orzechów, których tu nie
brakuje, łyżeczką chili, marynowaną
papryką, szczyptą cukru i mieliśmy królewską ucztę za 7 zł. I mimo całej tej
slumsowej otoczki, mimo całego syfu jaki rozgrywa się dookoła, Kho Phi Phi
sciąga miliony turystów każego lata. Sezon turystyczny trwa od grudnia do maja, później zaczynają się
monsuny. Baza noclegowa jest potężna, co
kilka metrów można wynająć pokój, klitkę, coś co nie ma okien, gniazdek z
prądem, ale ma łóżko na środku a na suficie zawieszony wiatrak, który mieli
stęchłe powietrze przepełnione zapachem zgnilizny i pleśni. I taki pokój
właśnie wynajęliśmy na dwie doby. 700 bhatów za noc. W samym Bangkoku, na
najbardziej turystycznej uliczce wynajmowaliśmy pokój za 150 bhatów za noc od
osoby. Ale takie ceny są na Kho Phi Phi, trzeba się z tym liczyć. To chyba
najdroższa wyspa w tej części Tajlandii, ale przyciąga miliony turystów, którzy
kuszeni najpiękniejszymi plażami świata, przepłacą za gównianą norę, byle tylko
wynająć łódź i przez cały dzień móc obcować, z kryształowo czystą wodą,
wspaniałymi piaszczystymi plażami, bajkowymi zatoczkami, zapierającymi dech w
piersiach widokami. Dla tej przyrody ale także dla szalenie słynnej plażowej
imprezy o nazwie Full Moon Party warto tu przeżyć choćby jedną noc. Morze cofa
się o kilkaset metrów, łodzie wyrastają prosto z piasku tworząc niewiarygodny
widok, a w tle kilkunastu żonglerów ogniem popisuje się przed głodnymi wrażeń
turystami z całego świata. Całości dopełnia niesłychanie głośna muzyka, zapach
świeżo pieczonych ryb i wyjątkowo wielki księżyc, jakby namalowany kilka metrów
nad plażą. W takiej scenerii przyjdzie nam przetańczyć prawie całą noc,
wypijając przy tym masę wspaniałych drinków, podziwiając roznegliżowanych,
wspaniale zbudowanych akrobatów, biorąc udział w przechodzeniu pod rozpaloną
tyczką, no i oczywiście grając. Moje djembe jest zawsze ze mną, więc miało
także swój udział w Full Moon Party. W zatęchłym pokoiku spędziliśmy tylko
kilka godzin, by nazajutrz o poranku wypłynąć wynajętą łódką w poszukiwaniu
kolejnych dzikich plaż, kolejnych pięknych widoków i kolejnych przygód.
Sobotniego dnia nie spędzamy samotnie, towarzyszy nam paczka podróżników
Polaków, z którymi byliśmy umówieni zawczasu. Odnajdujemy się na wyspie i
kolejnych kilkanaście godzin pływamy wokół wysp i wysepek. Zatrzymujemy się
przy ciekawszych i bardziej odludnych plażach, nurkujemy, podglądamy pełne
życia rafy koralowe, docieramy do mniej
turystycznych miejsc, zachwycamy się niebiańskimi widokami a nasza blada skóra chłonie każdy promyk
słońca. Wynajęcie łodzi na tej wyspie to koszt 450 Bhatów od osoby,
najlepiej negocjować bezpośrednio z rybakiem, bo ta sama usługa organizowana
przez informację turystyczną czy którekolwiek z licznych tutaj biur podróży,
będzie przynajmniej o połowę droższa. Życie na Kho Phi Phi toczy się dwoma
torami. Za dnia relaksujemy się na plaży, pływamy, nurkujemy, podziwiamy
widoki, nocą ta sama plaża zamienia się w największe party wyspiarskie w tej
części świata, z tak głośną muzyką, że nie słyszy się własnych myśli. Zanim tu
dotarliśmy, wydawało mi się, że 15 lat grania w różnorodnych klubach z potężnym
nagłośnieniem, przyzwyczaiło moje ciało do wielkiej dawki decybeli, ale to
czego doświadczyłem tutaj nie da się z niczym porównać. Flaki po prostu
wywracało od basowych głośników. Jeśli na tej wyspie żyły jakiekolwiek dzikie
zwierzęta, myślę, że już ich dawno nie ma, muzyka techno zrobiła swoje…
Jest sobotni wieczór, nim pójdziemy na
nocne szaleństwa, mamy kilka chwil dla siebie. Doprowadzamy się do porządku,
zmywamy sól z ciała, zjadamy przepyszne Massaman Curry, i w dość krótkim
czasie, trochę w biegu, staramy się zapisać najważniejsze wrażenia z ostatnich
dni…
Słońce praży, ludzie są uśmiechnięci i szalenie uprzejmi, jedzenie jest
przepyszne, czasem przebiegnie szczur, bezdomne koty leniwie wylegują się na
chodnikach, w zakamarkach można dostrzec
jakby bawiące się w berka karaluchy, wszędzie rozwieszone jest pranie, po zachodzie słońca, uliczki zamieniają się jak za dotknięciem
czarodziejskiej różdżki w tętniącą,
bulgoczącą, kuszącą zapachami i kolorami garkuchnię a drinki są tanie. Czego
chcieć więcej ?
A doczekamy się choćby kilku zdjęć?Jestem juz na nie gotowa:-) :***
OdpowiedzUsuńTak !!! Dziś zrobimy jakąś mini galerię. Ciężko o internet w miejscach do których docieramy. Pływamy sporo po wyspach, zaglądamy na bezludne wyspy, ciężko przesłać cokolwiek, a zdjęcie na super wolnych łączach to już w ogóle wyczyn. Ale może dziś się skusimy na droższą kawę w jakimś wypasionym hotelu na Ko Lancie, na którą właśnie dotarliśmy , będziemy mieli szybszy internet i uda nam się utworzyć jakąś galeryjkę :) Buziaki wisienko, całujemy Cię czule oboje :) <3
UsuńCzytam z wielką ciekawością i próbuję sobie wyobrazić moc tej muzyki :)
OdpowiedzUsuń