Przygodowy Bangkok

Od naszego ostatniego wpisu minęło zaledwie 48 godzin , a u nas wydarzyło się tak wiele, że absolutnie nie nadążamy zarówno z zapisywaniem i publikowaniem jak i nawet z zapamiętaniem wszystkiego. Ale wróćmy do Bangkoku i czasu spędzonego w tym mieście. Jaki jest Bangkok ? Absolutnie nie do opisania. Jest piękny i brudny, jest pachnący i cuchnący zgniłymi rybami, jest szybki i leniwy, jest absurdalnie głośny i wyciszony zarazem, jest zbudowany z niczego, jest stertą śmieci i jest arcydziełem architektury, jest świątynią i burdelem naraz. Takie jest to najgorętsze miasto świata. Bangkok czyli czyli Krung Thep Mahanakhon Amon Rattanakosin Mahinthara Ayuthaya Mahadilok Phop Noppharat Ratchathani Burirom Udomratchaniwet Mahasathan Amon Piman Awatan Sathit Sakkathattiya Witsanukam Prasit, co w tłumaczeniu oznacza: Miasto aniołów, wielkie miasto, rezydencja świętego klejnotu Indry [Szmaragdowego Buddy], niezdobyte miasto Boga, wielka stolica świata, ozdobiona dziewięcioma bezcennymi kamieniami szlachetnymi, pełne ogromnych pałaców królewskich, równającym niebiańskiemu domowi odrodzonego Boga; miasto, podarowane przez Indrę i zbudowane przez Wiszwakarmana.
W tym mieście, w którym spędziliśmy trzy noce spaliśmy łącznie może z 9 godzin, resztę czasu poświęcając zwiedzaniu, graniu, jedzeniu, zabawie, piciu, odkrywaniu nowych smakowych wrażeń, zapachów, uliczek i świątyń. A jest co eksplorować, co odkrywać. Bangkok może pochłonąć bez reszty, można się w nim zatracić, ale może też połknąć, przeżuć i wypluć. I tak trochę stało się z naszym Jackiem, którego straciliśmy z oczu na kilkanaście godzin, po czym pojawił się w hotelowym pokoju, w zakrwawionej koszulce, z opuchniętym nadgarstkiem, kulejący i z opatrunkiem na głowie. Co się stało ? Niewiele pamięta. Był z nami na Khao San Road,najgłośniejszej ulicy w mieście, tradycyjnej bazy dla backpakerów, i nagle zniknął nam z oczu. Obudził się w szpitalu, na izbie przyjęć, wśród zdziwionych Tajów, których widok śpiącego Jacka musiał bez wątpienia przyprawić o drwiący uśmiech. Ot, kolejne zatracenie w gorącym, nocnym, głośnym i roztańczonym Bangkoku. Ze strzępków wspomnień pozostały mu obrazy wąskiej, ciemnej uliczki, w której nie wiedząc czemu nagle się znalazł, bandę tajskich opryszków, ucieczkę w kupionych przed godziną szarawarach, co zapewne wcale nie ułatwiło biegania po ciasnych i zagraconych podwókach, policjantów, uderzenie policyjną pałą w rękę,jazdę karetką na sygnale, moment zszywania głowy i tyle .... Kilka godzin później Jacek budzi się na Izbie przyjęć :) Wraca taksówką do naszego hotelu i zaczyna się kolejny dzień, kolejna przygoda, kolejna nieprzespana noc. Zmieniamy hotel, bo ten w którym śpimy znajduje się nad najgłośniejszą knajpą na Khao San Road, w której DJ wyłącza ultra głośną muzykę o 8 nad ranem. Potem zaczyna się wielkie sprzątanie po nocnych szaleństwach. Huk zamiatanego stłuczonego szkła, śmieciarki, rozstawianie kolejnych kramów z jedzeniem, ciuchami, milionem figurek, pamiątek, świecidełek i dupereli. Kto chce wypocząć w hotelowym pokoju na Khao San Road, , niech lepiej o tym zapomni, ta ulica nigdy nie zasypia. Smarujemy Jacka maścią na stłuczenia, wciskamy w niego kilka przeciwbólowych prochów , bierzemy go pod pachę i szukamy cichszej okolicy. Piątek, czyli zaledwie dzień po przylocie, poświęcamy z grubsza na zwiedzanie. Szlajamy się po mieście, wchodzimy w nieznane sobie uliczki położone z dala od utartych ścieżek turystów, smakujemy nieznanych nam potraw, kosztujemy robali, pieczonych świerszczy, larw, i czegoś czego sami nie potrafimy w ogóle zidentyfikować. Szybko orientujemy się, że każdy sprzedający zawyża ceny o kilkaset procent, że na każdym kroku próbują nas wydymać, każdy chce coś ugrać, uszczknąć dla siebie. Płyniemy łodzią w godzinny rejs po wąskich i krętych kanałach miasta, docieramy do kilku świątyń, robimy masę zdjęć, staramy się integrować ze zwykłymi ludźmi, zaczepiamy dzieciaki, wchodzimy w tajskie podwórka, natrafiamy na uliczne kino, jesteśmy zaczepiani i sami zaczepiamy. Podoba nam się ten niekonwencjonalny sposób podróżowania. Wszędzie ze sobą taszczę Djembe, Tajowie, prawie na każdym kroku proszą bym zagrał, klaszczą, śmieją się, podrygują. Łażenie z bębnem ułatwia kontakt, dzięki temu kilkukrotnie byłem proszony o dołączenie do muzyków, improwizację a nawet solo. Rytm jest ponad podziałowy, uniwersalny, jest nośnikiem pozytywnej energii, to pomost pomiędzy uśmiechami, sposób na przełamanie barier, pierwszy kontakt.... Dzień mija nam bardzo szybko, noc jeszcze szybciej i nastaje sobota w której Jacek poznaje piękną Tajkę .... a Ja z Gugą trafiam na wodny targ, zwiedzamy Wat Pho czyli Świątynię Leżącego Buddy, Wat Arun, czyli Świątynię Świtu, Chinatown, i kilka nieznanych dzielnic, po których jeździliśmy miejskimi autobusami. Sobotnia noc nastaje za szybko, mamy wrażenie że nie starcza nam czasu na zobaczenie wszystkiego co chcemy zobaczyć, wszędzie zalewa nas fala egzotycznych zapachów, fala gorąca bijąca spod tysięcy gotujących się na ulicach potraw oraz fala ludzi.... Nagle robi się niedziela. A w tę jedziemy do Ayutthaya, ale to już zupełnie inna historia, na innego bloga...
Galerię zdjęć z Bangkoku dodamy już niebawem, bo musimy przebrać setki zdjęć, wybrać najlepsze, obrobić itd, itd. Jak wiecie jest z tym masa pracy a my prawie nie mamy na nic czasu, w związku z ilością przygód jakie przeżywamy :)
OdpowiedzUsuńAle się dzieje!!!!! :) buziaki dla Was!
OdpowiedzUsuńWitam. Widzę ,że u Was ( nie wliczając tego poturbowania Jacka) całkiem kolorowo... Niech Jack uważa tam na siebie.Najlepiej będzie , jak będziesz go trzymał za rączkę, albo wyznaczał mu czas wolny jedynie na załatwienie potrzeb fizjologicznych i do nogi :) Pomimo tego , że ......martwię się o Tego wariata...Uważajcie tam na siebie. Życzę udanej wyprawy ,ale jednak w miarę spokojnej.
OdpowiedzUsuńSpokojnie w Tajlandii-Aneta szalona jesteś :)
OdpowiedzUsuńa czytając poprzedni wpis już obstawiałem że to Guga znów szlifowała jakąś kamienicę uchem :)
OdpowiedzUsuńnie zwalniać tempa!
pamiętajcie - ma być jak u Hiczkoka!
Jakubku, gdy tylko coś przyszlifuję dowiesz się o tym pierwszy ;))
OdpowiedzUsuń