To małe, rybackie miasteczko położone na zachodnim brzegu Morza
Andamańskiego zaskoczyło nas na wstępie
swoim spokojem i pewnego rodzaju
wyciszeniem. Jest absolutnym zaprzeczeniem Phuket, półwyspu oddalonego od Krabi
167 kilometrów drogą lądową i zaledwie 80 kilometrów drogą morską. Wybraliśmy
najtańszy sposób dostania się tutaj, wsiadając
początkowo w songthaew, szalenie oryginalną pasażerską ciężarówkę, która
za zaledwie 30 bahtów zawiozła nas z ultra turystycznej, głośnej i drogiej
plaży Phatong na oddalony 15 kilometrów dworzec autobusowy, skąd wykupiliśmy
autobus za 155 bahtów na Krabi. Co ciekawe prawie każde otwarte do późnego
wieczora biuro turystyczne, informacja turystyczna czy większy hotel, z
niesłychaną uprzejmością i od ręki zamówią dla Ciebie busa, zadzwonią do kierowcy,
umówią miejsce i czas spotkania, ale każą sobie za tę usługę zapłacić,
oczywiście, nikt nie wspomina o tym, że cena będzie kilkanaście razy przewyższała tę, którą wydamy na
songthaew. Po zaledwie trzech tygodniach spędzonych w Tajlandii staliśmy się
specjalistami w wyszukiwaniu tanich i niekonwencjonalnych sposobów
podróżowania. Są turyści podróżujący podstawianym pod hotel, klimatyzowanym i
luksusowym busem, który zawozi ich na lotnisko, lecz są też podróżnicy, którzy
raczej wybiorą ekscytujący środek komunikacji. Miejski autobus, który trzeba
dosłownie złapać na ulicy, ponieważ nie kursuje według żadnego rozkładu jazdy i
odjeżdża zwykle, kiedy wszystkie miejsca będą już zajęte, łódkę wynajętą wprost
od rybaka, czy lokalny pociąg, najlepiej klasy trzeciej, by poczuć swojski
folklor. My należymy raczej do tej drugiej grupy. Jest spokojny, cichy, ciepły
wieczór, lekko przytłoczeni wyjazdem Jacka, szlajamy się z Gugą ulicami Krabi.
Mamy już wynajęty na jedną noc pokój w cenie 140 bahtów od osoby, więc na
zupełnym luzie, bez plecaków, oddajemy się bez śpiesznemu zwiedzaniu.
W podróżach, które toczą się same z siebie, kiedy oddajesz się chwili,
płyniesz z prądem, kiedy do szczęścia
wystarcza ci to, że po prostu idziesz przed siebie, najpiękniejsze chwile
przytrafiają się niespodziewanie,
wyłaniają się zza winkla, są wypadkową przypadkowych decyzji i czegoś co
nazywa się szczęściem. Za naszym rogiem wyłania się niewielka, lecz miła i
sympatyczna knajpka, z której sączy się leniwe reggae. Postanawiamy wstąpić na drinka. A tam pełne
zaskoczenie. Kolorowi ludzie, plakaty Boba Marleya, miła i uśmiechnięta
obsługa, a co najważniejsze miejscowy zespół gra na żywo. Znacie mnie, więc nie
będzie dla Was zaskoczeniem, jak napiszę, że już po chwili grałem z tym
zespołem na djembe, improwizując do kolejnych piosenek. Coraz weselsza
atmosfera, świeżo wyciskane soki, które tu namiętnie pijamy, półleżąca pozycja,
absolutny spokój ducha, jest pięknie zarówno dookoła jak i w naszych
sercach. I w takich okolicznościach
przyrody poznajemy … Martę, podróżniczkę, która obecnie samotnie przemierza
kolejny kraj Azji południowo-wschodniej. Szybko nawiązujemy wspólny język i już
po chwili umawiamy się, że nazajutrz razem wyruszymy zwiedzić kilka wspaniałych
plaż i wysp. Podnieceni tym co ma nastąpić
następnego dnia udajemy się do hotelu, po drodze zjadając coś z
ulicznego baru. Jak się okazuje, to jeden z najlepiej przyrządzonych posiłków
jakie w życiu jedliśmy. Ktoś pomyślałby, ot, zwykły smażony ryż z mięsem i
kilkoma przyprawami, lecz dla nas tej
nocy smakuje wyjątkowo, smakuje miłością, przygodą, czymś nieznanym, jest
zarazem i słodki i kwaśny, jest łagodny i ostry. Feeria doznań jakie serwujemy naszym kubkom smakowym jest w tym momencie
nie do opisania. Trzeba tu być i poczuć to na własnej skórze, bo nie ma takich
słów i języków świata, które potrafiłyby oddać to co czujemy tej nocy. Po
dotarciu do hotelu zasypiamy w sekundzie, na golasa. temperatura w pokoju na
pewno sięga trzydziestu pięciu stopni…
widzę, że miejscowe jedzonko Wam służy:)
OdpowiedzUsuńwidzę, że miejscowe jedzonko Wam służy:)
OdpowiedzUsuń