niedziela, 25 stycznia 2015

Fotografia_Chiang Mai, Trekking, 23-24 stycznia 2015

Tym razem zasypiemy zdjęciami z trekkingu po okolicznych górach Chiang Mai. 
Był dla nas świeżą odskocznią po miejskim podróżowaniu. Dwa dni spaceru na świeżym powietrzu, w przepięknych okolicznościach przyrody, rewelacja. Marsz nie dał nam w kość, ale lekko też nie było. Zdarzały się momenty niemal że pionowej wspinaczki i stromych zejść. Była to pierwsza wycieczka jaką wykupiliśmy w biurze. Mieliśmy okazję wypełnić dwa dni górami i zrobiliśmy to. Podróżowaliśmy ze słoniem i na słoniu, głaskaliśmy, przytulaliśmy, ciągnęliśmy za ogon i uszy, a on to mocno 'olewał' dając nam wyraźne znaki wodne z trąbki. Jak już olał, wydawał się być strasznie z siebie zadowolony ;). Nie sądziłam, że ze słonia jest aż tak 'wysoki widok'! Kołysał nas w lewo i w prawo i baliśmy się spojrzeć w dół ;). Zakochaliśmy się w słoniach na nowo… na żywo! Obserwowaliśmy jak majestatycznie wachluje się uszami, pożywia się bananami, chłodzi się w rzece, piękne zwierzę…

Trekking zaprowadził nas też do plemienia Karen, słynącego z kobiet o długich szyjach. Choć niestety "wioska" wyglądała nieco jak przydrożna wystawa, to i tak obserwowanie tych kobiet przy codziennej pracy robiło ogromne wrażenie. Obręcze, które noszą kobiety, zakłada się już kilkuletnim dziewczynkom, aby przyzwyczaić je do ich noszenia. Dorosłe kobiety zakładają aż do 25 obręczy ważących ponad pięć kilogramów. Udało nam się usłyszeć dwie legendy mówiące o genezie obręczy. Jedna mówi o ochronie przed śmiercią podczas ataku tygrysa, który to podobno zaciskał się na szyi kobiety, druga natomiast o nakazie noszenia obręczy wydawanym przez mężczyzn, aby 'oszpecić' swoje kobiety i zabezpieczyć się przed zdradą. 
W zadumie, ruszyliśmy w dalszą drogę… Dżungla... dookoła nieopisane odgłosy zwierząt, na drodze mruczące tygrysy, skaczące po drzewach małpy, wijące się dookoła węże… emocje zapierające dech, wzbudzające przerażenie… Wiecie może gdzie jeszcze można spotkać taką dżunglę? - Bo niestety nie tam gdzie nam udało się dotrzeć… ;) Ale, ale…hola hola… był las, były słonie, były małpy, jaszczurki, pająki, były wodospady, w których się kąpaliśmy zjeżdżając ze skał, były spływy rwącą rzeką, byliśmy my, było niecodziennie, szczęśliwie, niezapomnianie…



Marcin dostał z trąbki ;)


Plemię Karen, znane dzięki długim szyjom kobiet
Dziewczynka uprzyjemniła nasz pobyt radosną grą na gitarze ;)



Napotkane na drodze


Moty ze złamanym skrzydłem… chwilę się przy nim zamyśliłam..

hm… ;)
Odpoczynek wspinaczkowy


Poniekąd obecne 'nasze, europejskie' dzieci mogłyby pozazdrościć zabawy podwórkowej dzieciom Azji.
Bez komputerów...
Był też czas na posiłek - ryż z warzywami zawijany w wielki liść bananowca - pycha ;)
Trekkingowa drużyna
Z pozdrowieniami!!
A tu..ciekawa wizja Jacka, jakże udana!
Okiem Francuzki ;)

Chatka sypialna, zachwycający widok od świtu do zmierzchu
Akrobacje chłopaków kiedy tylko mogli - czyli zawsze ;)

Przy nocnym ognisku rozbrzmiewały oczywiście szanty oraz inny repertuar prezentowany głównie przez zespół polski ;)

Liście tak soczyssste...
Dniem sklep, nocą bar







Odnaleźliśmy zachód
Biesiady kolacyjne, po których przewodnik grał na gitarze, Marcin na garnku, a Jacek na nerwach ;)
Ulubiony tekst przewodnika: "No woman, no cry . No money no honey" ;)

Nie omieszkaliśmy wstać ze wschodem


Jakby to powiedzieć… - Kurnik.
Kura zniosła wielkie jajka, a gospodarz zaraz potem zrobił nam jajecznicę ;)








Sypialnia




















Brak komentarzy:

Prześlij komentarz