sobota, 31 stycznia 2015

Kho Phi Phi kipi :)

30- 31 stycznia, Kho Phi Phi. 

Plątanina wąskich, ciasnych i krótkich uliczek, gąszcz straganów, sklepików, setki zakrętów, dziwacznych przejść, budy zlepione z byle czego, przyklejone do siebie, przywiązane sznurkiem, kawałkiem gumy, sprawiające wrażenie tymczasowych a przecież na stałe, bo mające kawałek czegoś co może uchodzić za łóżko. Wystarczy kawałek dykty, stare drzwi, jakaś szmata, koc i już śpi dziecko, wkomponowane pomiędzy, jakby zawieszone w próżni, ani pod stołem, ani na podłodze, ani w hamaku a już na pewno nie w swoim pokoju, czy oddzielnej sypialni. Domy funkcjonują jako sklepy, magazyny, stragany i restauracje w jednym. Zbite z kilku desek coś , pokryte starą podziurawioną ceratą, tworzy  kącik, w którym można turystę posilić. Byle było odrobine  przestrzeni do postawienia talerza, przypraw i wody. To wystarczy. Kolorystyka, architektura wnętrza, design, wystrój, się nie liczy, to nie ma kompletnie znaczenia, wystarczy cokolwiek, co może służyć za siedzisko i stolik. I tyle ! Dziś zjedliśmy makaron smażony z kurczakiem, jajkiem, i jakimiś przyprawami znanymi tylko lokalnym kucharzom, w takiej budzie właśnie. Doprawiliśmy sobie nasze zamówienie garścią mielonych orzechów, których tu nie brakuje, łyżeczką chili,  marynowaną papryką, szczyptą cukru i mieliśmy królewską ucztę za 7 zł. I mimo całej tej slumsowej otoczki, mimo całego syfu jaki rozgrywa się dookoła, Kho Phi Phi sciąga miliony turystów każego lata. Sezon turystyczny trwa  od grudnia do maja, później zaczynają się monsuny.  Baza noclegowa jest potężna, co kilka metrów można wynająć pokój, klitkę, coś co nie ma okien, gniazdek z prądem, ale ma łóżko na środku a na suficie zawieszony wiatrak, który mieli stęchłe powietrze przepełnione zapachem zgnilizny i pleśni. I taki pokój właśnie wynajęliśmy na dwie doby. 700 bhatów za noc. W samym Bangkoku, na najbardziej turystycznej uliczce wynajmowaliśmy pokój za 150 bhatów za noc od osoby. Ale takie ceny są na Kho Phi Phi, trzeba się z tym liczyć. To chyba najdroższa wyspa w tej części Tajlandii, ale przyciąga miliony turystów, którzy kuszeni najpiękniejszymi plażami świata, przepłacą za gównianą norę, byle tylko wynająć łódź i przez cały dzień móc obcować, z kryształowo czystą wodą, wspaniałymi piaszczystymi plażami, bajkowymi zatoczkami, zapierającymi dech w piersiach widokami. Dla tej przyrody ale także dla szalenie słynnej plażowej imprezy o nazwie Full Moon Party warto tu przeżyć choćby jedną noc. Morze cofa się o kilkaset metrów, łodzie wyrastają prosto z piasku tworząc niewiarygodny widok, a w tle kilkunastu żonglerów ogniem popisuje się przed głodnymi wrażeń turystami z całego świata. Całości dopełnia niesłychanie głośna muzyka, zapach świeżo pieczonych ryb i wyjątkowo wielki księżyc, jakby namalowany kilka metrów nad plażą. W takiej scenerii przyjdzie nam przetańczyć prawie całą noc, wypijając przy tym masę wspaniałych drinków, podziwiając roznegliżowanych, wspaniale zbudowanych akrobatów, biorąc udział w przechodzeniu pod rozpaloną tyczką, no i oczywiście grając. Moje djembe jest zawsze ze mną, więc miało także swój udział w Full Moon Party. W zatęchłym pokoiku spędziliśmy tylko kilka godzin, by nazajutrz o poranku wypłynąć wynajętą łódką w poszukiwaniu kolejnych dzikich plaż, kolejnych pięknych widoków i kolejnych przygód. Sobotniego dnia nie spędzamy samotnie, towarzyszy nam paczka podróżników Polaków, z którymi byliśmy umówieni zawczasu. Odnajdujemy się na wyspie i kolejnych kilkanaście godzin pływamy wokół wysp i wysepek. Zatrzymujemy się przy ciekawszych i bardziej odludnych plażach, nurkujemy, podglądamy pełne życia rafy koralowe,  docieramy do mniej turystycznych miejsc, zachwycamy się niebiańskimi widokami  a nasza blada skóra chłonie każdy promyk słońca.  Wynajęcie łodzi  na tej wyspie to koszt 450 Bhatów od osoby, najlepiej negocjować bezpośrednio z rybakiem, bo ta sama usługa organizowana przez informację turystyczną czy którekolwiek z licznych tutaj biur podróży, będzie przynajmniej o połowę droższa. Życie na Kho Phi Phi toczy się dwoma torami. Za dnia relaksujemy się na plaży, pływamy, nurkujemy, podziwiamy widoki, nocą ta sama plaża zamienia się w największe party wyspiarskie w tej części świata, z tak głośną muzyką, że nie słyszy się własnych myśli. Zanim tu dotarliśmy, wydawało mi się, że 15 lat grania w różnorodnych klubach z potężnym nagłośnieniem, przyzwyczaiło moje ciało do wielkiej dawki decybeli, ale to czego doświadczyłem tutaj nie da się z niczym porównać. Flaki po prostu wywracało od basowych głośników. Jeśli na tej wyspie żyły jakiekolwiek dzikie zwierzęta, myślę, że już ich dawno nie ma, muzyka techno zrobiła swoje…

Jest sobotni wieczór,  nim pójdziemy na nocne szaleństwa, mamy kilka chwil dla siebie. Doprowadzamy się do porządku, zmywamy sól z ciała, zjadamy przepyszne Massaman Curry, i w dość krótkim czasie, trochę w biegu, staramy się zapisać najważniejsze wrażenia z ostatnich dni…

Słońce praży, ludzie są uśmiechnięci i szalenie uprzejmi, jedzenie jest przepyszne, czasem przebiegnie szczur, bezdomne koty leniwie wylegują się na chodnikach,  w zakamarkach można dostrzec jakby bawiące się w berka karaluchy, wszędzie rozwieszone jest pranie,  po zachodzie słońca,  uliczki zamieniają się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki  w tętniącą, bulgoczącą, kuszącą zapachami i kolorami garkuchnię a drinki są tanie. Czego chcieć więcej ? 

3 komentarze:

  1. A doczekamy się choćby kilku zdjęć?Jestem juz na nie gotowa:-) :***

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak !!! Dziś zrobimy jakąś mini galerię. Ciężko o internet w miejscach do których docieramy. Pływamy sporo po wyspach, zaglądamy na bezludne wyspy, ciężko przesłać cokolwiek, a zdjęcie na super wolnych łączach to już w ogóle wyczyn. Ale może dziś się skusimy na droższą kawę w jakimś wypasionym hotelu na Ko Lancie, na którą właśnie dotarliśmy , będziemy mieli szybszy internet i uda nam się utworzyć jakąś galeryjkę :) Buziaki wisienko, całujemy Cię czule oboje :) <3

      Usuń
  2. Czytam z wielką ciekawością i próbuję sobie wyobrazić moc tej muzyki :)

    OdpowiedzUsuń