Targ życia i śmierci.
Pitsanulok, 20 stycznia 2015. Godz. 4 nad ranem.
Takiego natężenia rybiego zapachu, ilości ich gatunków, kolorów, kształtów, zapachu kuszącego i odrażającego zarazem nie spotkałem jeszcze nigdy w życiu. Ryby w workach foliowych, uśmiercane uderzaniem w głowę, żaby na żywca obdzierane ze skóry, świńskie łby, wielkie porcje mięcha wiszącego na hakach. Tony czerwonych, bezkształtnych, amorficznych kształtów... Uderzająca woń niezliczonych ilości przypraw, plątanina barw i faktur. Prawdziwy spektakl zachwytu i obrzydzenia. Targ, po wyjściu z którego człowiek zastanawia się czy nie zostać wegetarianinem. Olbrzymi przydworcowy plac, wypełniony straganami, a na nim niezliczona ilość ryb, przypraw, owoców i warzyw, które widzieliśmy pierwszy raz w życiu. Ten plac zrobił na nas duże wrażenie. Była to jedyna rzecz jaką widzieliśmy po przyjeździe z Ayutthaya do Pitsanulok, małego miasteczka, w którym przesiadaliśmy by dotrzeć do Sukhothai.
Wzbudzacie u czytelników bloga taki "glod informacyjny",że relacją z wizyty na targu życia i śmierci nas nie "nakarmicie" do syta!Domagamy sie wiecej wieści i pikantnych szczegółów!More and more!!!!:***
OdpowiedzUsuń