1-2 Lutego 2015, Ko Lanta.
Od niedzieli jesteśmy na wyspie Ko Lanta. I już wiemy, że zabawimy tu dłużej niż dwie doby. Powodów jest bez liku, ale najważniejsze to: czekamy na promesę do Wietnamu, ponad to odnaleźliśmy dwie mistrzynie tajskiej kuchni, których kulinarny talent i i czary jakich dokonują w swojej ulicznej garkuchni można porównać jedynie do orgazmu. Poza tym są tu wspaniałe ciche plaże, odludne zakątki, urokliwe, jakby zapomniane przez świat i ludzi zatoczki, w których śmiało można opalać się na golasa. Nie ma tu krzykliwych pijanych angoli, zarozumiałych pijanych Niemców, nie ma także bogatych pijanych Rosjan, a co najważniejsze, na plaży nie grają techno z głośników większych niż gdańskie szafy ,co miało miejsce na Kho Phi Phi. Już wiemy, że na mapie tajlandzkich podróży Kho Phi Phi i Phuket drugi raz już się nie pojawią. Z przyjemnością natomiast wrócimy na cichą, tanią i klimatyczną Ko Lantę. Zdecydowanie nie jesteśmy miłośnikami imprez typu plażowe Love Parade, z całą masą pijanych i próbujących zaliczyć kolejną Tajkę Europejczyków. Ale wróćmy do naszej wyspy, naszej plaży, maleńkiego domku na balach, z trzcinowym dachem, bambusowym wykończeniem i z widokiem na Morze Andamańskie. Piszę naszej, bo czujemy się tu jak w domu, a przynajmniej chcielibyśmy pewnego dnia mieć swój dom w podobnym miejscu. Cicha zatoczka, lazurowa woda, domek na plaży, drinki z kokosów, banany wiszące nad głową jak gwiazdy. Ciepłe powietrze, orzeźwiająca bryza i ledwo odczuwalny, ale wciąż obecny zapach pieczonych krewetek, chili i kokosowego mleka. Taki mały raj, na bocznej plaży, z dala od turystów i zgiełku samochodów. Taką właśnie mamy tutaj rzeczywistość, w której się zatapiamy, którą chłoniemy, smakujemy i doświadczamy każdą cząstką, każdą molekułą naszych ciał. Podróże są niezwykłym doświadczaniem świata, czasem, który ciężko zdefiniować, opisać, bo niby jak opisać wspólną szaloną, szybką jazdę skuterem samym brzegiem morza o zachodzie słońca? Jak opisać trekking w samym środku dżungli, w której odnajdujemy i penetrujemy z pomocą ( całe szczęście ) przewodnika, jedną z największych i najbardziej niezwykłych jaskiń w południowej Tajlandii? I w dodatku robimy to w …. pieprzonych japonkach ! Takie magiczne chwile zdarzają się czasem raz w życiu, i choćbyśmy jeszcze raz kiedyś mknęli przez fale brzegiem Oceanu Indyjskiego na skuterze, to ten pierwszy raz zawsze będzie najważniejszy, najpiękniejszy, najdłużej zapamiętany, ba, jestem przekonany, że nigdy tego nie zapomnimy i już na zawsze zdjęcie z widokiem zachodzącego słońca z tej plaży właśnie, będzie wywoływało na naszych twarzach uśmiech i przypomni emocje, jakich tu obecnie doświadczamy. Ko Lanta jest takim festiwalem "pierwszych razów" dla nas. Tu po raz pierwszy jedliśmy zupę z kurczakiem, galangalem, trawą cytrynową, mlekiem kokosowym, chili, krewetkami i imbirem. Zupę, która stała się numerem jeden w naszej tajlandziej przygodzie z kuchnią. Tu po raz pierwszy widzieliśmy tyle dzikich plaż i ukrytych wspaniałych, bezludnych zakątków. Tu po raz pierwszy spaliśmy sami w domku na plaży. Tu po raz pierwszy musieliśmy czołgać się po jaskini, by przejść krętymi, ciemnymi, śliskimi, wilgotnymi korytarzami do kolejnej komory. Tu po raz pierwszy udało nam się zrobić sesję zdjęciową, odrapanym, usmarkanym, zakurzonym dzieciakom, bawiącym się na ulicy. Do tej pory albo uciekały sprzed obiektywu, albo w wytrenowany do perfekcji sposób wyciągały do ciebie dłoń mówiąc: money for photo. Było to przyświątynne dzieci pozbawione dzieciństwa, dzieci będące maszyną do zarabiania na naiwnych turystach, którzy na widok poprzebieranych, umalowanych, wypudrowanych i wytresowanych niczym małpki kilkuletnich smyków bezrefleksyjnie wyciągali swoje komórki, tablety, aparaty i pstrykali im kolejne fotki. Ko Lanta ujmuje swoją prostotą, dziewiczym charakterem, ciszą i szumem fal. Smakuje, wygląda i ujmuje znacznie bardziej, niż każda wcześniejsza wyspa, na której byliśmy. Wyjątek może jedynie stanowić wyspa Krabi, na której spędziliśmy jedną dobę napawając wzrok widokami jakich na tej planecie dotychczas nie widzieliśmy. To tam dotarliśmy do laguny ukrytej pośród skał, które trzeba było pokonać w nie lada wspinaczce by dostać się do tego niewielkiego raju na ziemi. To tam widzieliśmy plaże na której kręcono Niebiańską Plażę z Leonardo Di Caprio w roli głównej. To tam dotarliśmy do wyspy Jamesa Bonda, i na plażę z filmu: Błękitna Laguna. To tam wpływaliśmy kajakiem w środek wydrążonej przez wodę jaskini, i nurkując podglądaliśmy piękny świat kolorowych rybek, żyjących pośród jeszcze bardziej kolorowej rafy koralowej. Cóż, życie ma się jedno i trzeba je wyciskać jak cytrynę, do ostatniej kropli bo pewnego dnia obudzimy się we własnych łóżkach z refleksją, że oto jesteśmy już starzy, a życie przeleciało nam koło nosa. Moje postrzeganie świata zmieniło się 2 maja 2013 roku, w dniu, w którym zmarł mój tata. W tamtej chwili wszystko się przewartościowało, a jego choroba nikczemna, wykańczająca, postępująca za szybko i zbyt brutalnie uświadomiła mi, że nie jesteśmy nieśmiertelni, wszechmogący a nasze ciała nie zawsze będą piękne, silne i młode. Mój tato był swego rodzaju odkrywcą. Odkrywał dla mnie tyle ile potrafił i ile mógł, razem eksplorowaliśmy dostępny dla nas w tamtych czasach i na naszą kieszeń świat. Docieraliśmy w niektóre miejsca PKSem, w inne maluchem, czasem wystarczyło wsiąść na ciągnięte przez tatę sanki, by odkryć wspaniałości jakie skrywa osiedle obok. Byliśmy lokalnymi obieżyświatami i to było piękne. Nie miałem jako dziecko komputera, nie miałem gier wideo, PlayStation, nie miałem tego wszystkiego co mają współczesne dzieciaki, ale miałem możliwość szlajania się po podwórkach i odkrywania kolejnych bram, ulic, zakamarków. Dziś robię dokładnie to samo, ale na większą skalę, i myślę , że mam to po nim. I chcę odkryć jak najwięcej tych zakamarków nim jakaś podstępna choroba przykuje mnie do łóżka, lub dopadnie mnie niedołężna starość….
Dochodzi północ, w domku na plaży, przy szklance Mojito, zerkam w dal na niknące w ciemnościach morze. Nie wiele widzę ale słyszę jak fale obijają się o brzeg. Wiem, że nie mogę dziś zobaczyć się z moim tatą, ale jestem przekonany, że on widzi mnie i cieszy się, że moje podwórko tak mocno się rozrosło, a osiedlowa kałuża zamieniła się w Ocean Indyjski.
1-2 Lutego 2015, Ko Lanta.
Był czas na smakowanie głośnej, imprezowej, ociekajacej seksem i alkoholem Tajlandii przyszedl czas na zwolnienie tempa.. Odpoczynek i refleksje... Cudnie sie Was czyta!Tęsknię:***
OdpowiedzUsuńNie wiem czemu moje posty publikują się podwójnie:( ?!?
OdpowiedzUsuńMy też nie wiemy, ale wiemy, że jesteś naszą najwierniejszą czytelniczką i bardzo Ci dziękujemy za każdy komentarz pod blogiem. To dla nas ważne by była jakakolwiek interakcja z naszymi czytelnikami. Wówczas wiemy, że jest sens pisać :)
UsuńPOZDRAWIAMY CIĘ GORĄCO Wisienko !
pięknie napisane, Marcinku :)
OdpowiedzUsuńpięknie napisane, Marcinku :)
OdpowiedzUsuńCzytam i zachwycam się Waszymi przezyciami, by choc przez chwile udawać ze sa moje.
OdpowiedzUsuń