Noclegi w Tajlandii
Bangkok, 15 stycznia 2015
Wiedzeni nieodpartą pokusą poczucia tego owianego legendą i rozpropagowanego w kultowym już hollywoodzkim filmie nocnego szaleństwa na khao san road postanowiliśmy spędzić pierwszą noc na tej ulicy właśnie. Poziom ekscytacji i podniecenia rósł z każdą minutą naszego dzielnego marszu przez Bangkok. Im bliżej byliśmy, tym lżejsze wydawały się nasze olbrzymie plecaki. Dotarliśmy na niedługą, jak się okazało, uliczkę pełną straganów, sklepików, ulicznych handlarzy, butików, ladyboy'ów, turytów, globtroterów, poszukiwaczy przygód przed dwudziestą.Przeszliśmy kilkaset metrów i z pomiędzy setek kolorowych reklam i neonów Jacek dostrzegł napis LEK GUEST HAUSE. Uznaliśmy, że to za dobry znak, bo przecież to miejsce będzie lekiem na nasze obolałe nogi i ostoją po trwającej 15 godzin podróży. Nikt z nas nie spodziewał się,tego co miało dopiero nastąpić, a lek nieomal okazał się trucizną. Zameldowaliśmy się na jedną noc, każdy z nas zapłacił po 150 batów, co daje jakieś 15 złotych i ruszyliśmy z uśmiechem na trzecie piętro do pokoju 36 z jednym łóżkiem i maluteńkim balkonikiem, który Jace zarezerwował jako swoją sypialnię, Tego, że z niej nie skorzysta wówczas jeszcze nie mógł wiedzieć. Pokoik był maleńki, ledwie mieściło się w nim dwuosobowe łóżko i nieduży stolik pod oknem wychodzącym na khao san road. Łazienki nie posiadał. W tanich azjatyckich hotelikach, w których postanowiliśmy się zatrzymywać zazwyczaj łazienka z zimną wodą znajduje się na końcu korytarza, oczywiście, jedna dla wszystkich. W jednej, śmierdzącej, ciasnej klitce jest prysznic i toaleta bez spłuczki. Proces wypróżniania się to jeden wielki ceremoniał, zajmujący dłuższą chwilę, bo zazwyczaj podłoga jak i deska klozetowa zalane są wodą i cholera wie czym jeszcze. W naszej łazience obok muszli, pod ścianą, wybudowany był niewielki brodzik, wypełniony wodą. Tą wodą, za pomocą plastikowej miski spłukiwaliśmy siku i kupy. Cóż, LEKU chyba polecać nie będziemy. Znajduje sie w najgłośniejszej części khao san road, personel kedwo mówi po angielsku, nie ma klimatyzacji, ściany są tak cienkie, że słychać wszelkie odgłosy z sąsiednich pokoi. Znajdujące się na dole dwie knajpy, chyba rywalizują ze sobą w głośności, co sprawia, że kakofonia dźwięków jest nie do wytrzymania. Na domiar złego w jednej grają techno, w drugiej hip hop. Muza rozbrzmiewa od 22.00 do 8.00 rano. My mieliśmy jeszcze okazję wysłuchać wątpliwej jakości godzinne solo na cajonie, które jakiś niewyżyty grajek postanowił zaprezentować o piątej nad ranem, ku przecież oczywistej uciesze wciąż bawiących się na ulicy ludzi. A, że grał ten sam, monotonny rytm i robił to bardzo nieudolnie nikomu już nie przeszkadzało. Po tymże wspaniałym wykonie padło jeszcze kilka przekleństw, ktoś komuś dał w mordę, ktoś zaśpiewał piosenkę, my padliśmy ze zmęczenia....
Jacek pojawił się o jedenastej, a jego widok jednocześnie nas i uradował i przeraził. 16 stycznia, jedynym lekiem z jakim mieliśmy do czynienia były leki przeciwbólowe.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz