sobota, 24 stycznia 2015

Fotografia_Chiang Mai, 22 stycznia 2015

Do Chiang Mai trafiliśmy późnym popołudniem i od razu zdecydowaliśmy się udać na poszukiwanie rekomendowanego hotelu pieszo. Znów 5km do przejścia. Znów było to dla nas ogromną przyjemnością, a niesione plecaki przypominały nam o backpackerskim spełnianiu marzeń. 
Po drodze mijaliśmy jakże tradycyjne masaże, parki, kawiarnie, garkuchnie oraz jakże nowoczesne McDonald's, KFC i samochody z przyszłości. Odnaleźliśmy hotel - Deejay Backpackers - by dowiedzieć się, że nie ma dla nas miejsc ;) Jednak nieco już bardziej wprawieni w podróży wiedzieliśmy, że wystarczy trochę dłużej postać nad panią z recepcji i… jeeest! Nagle, ku zaskoczeniu samej recepcjonistki, szanowni państwo, znalazły się trzy wolne łóżka ;) Z uniesionymi głowami, udaliśmy się do "zwyciężonych" łóżek. Pozostawiliśmy plecaki i ruszyliśmy w podróż… do recepcji po piwo. A ponieważ było już późno, Marcin blogował, a my z Jackiem wypiliśmy jeszcze jedno piwo. Zaczęliśmy rozmawiać z rodziną i przyjaciółmi na skypie i tak oto nie wiadomo kiedy, wznosząc toasty, wypiliśmy jeszcze jedno piwo, wróciliśmy do łóżek i naszą podróż kontynuowaliśmy w głębokim śnie…

Następny dzień przyniósł już nieco mniej alkoholu i w zupełnej trzeźwości umysłu wynajęliśmy dwuosobowy skuter z zamiarem trzyosobowego wykorzystania. Przez dotychczasowy pobyt napatrzyliśmy się na pięcioosobowe rodziny transportujące się na skuterze, kury w kurnikach, kaczki w naszyjnikach, meble, choinki w postaci mandarynkowych drzewek… czy choć troszkę poruszyłam Twoją wyobraźnię? - pomnóż to przez 9 ;)
Nasz dwuosobowy skuter dla trzech osób mknął poza granice Chiang Mai krętymi dróżkami, wśród zielonych gór. Pięknie, świeżo, widokowo, w dole tętniące miasto, w górze zielony, aktywny wypoczynek… Po eksploracji wzgórz dotarliśmy do XIV-wiecznej świątyni o nazwie Wat Phra That znajdującej się na górze Doi Suthep. By móc podziwiać świątynię czekało nas nie lada wyzwanie - 309 schodów! Niemal każdy schodek sprzedawał cząstki kultury tajskiej. Wspinaczka ujawniła przed nami przepiękne krajobrazy, największy gong i największe djembe jakie widzieliśmy w życiu!!

  

Po pamiętnej, pierwszej nocy w Bangkoku, Jacek niemal nie rozstawał się z kaskiem ;)


Tejże Pani z radością oznajmiliśmy, że stanowimy miłosny trójkąt, na co ku naszemu zaskoczeniu, Pani odpowiedziała: "Dwóch chłopców, jedna dziewczyna - bardzo nie dobrze. Dwie dziewczyny jeden chłopiec - ooo to bardzo dobrze!" ;)


Przydomowy ogródek 


Dzwon świątynny Wat Phra That


Największy gong, jaki w życiu widzieliśmy! Góra Doi Suthep






Przed nami 309 schodów...


Etnicznie ubrane dziewczynki czekają, by zrobić im zdjęcie, po czym krzyczą "Money please!!"
Niestety zarabianie od maleńkości bynajmniej nie przysparza im uśmiechu na twarzy...


Miłość Marcina do bębnów nie pozwala mu przejść obojętnie obok żadnego z nich...


Ma rozmach Mnich ogrodnik


Po największym w życiu gongu, Marcin odnalazł największe w życiu djembe...


Moi chłopcy także nie przejdą obojętnie obok grupy Pań… ;)




Cóż za precyzja...


Szczyt góry Doi Suthep odsłania przepiękne krajobrazy


"Prosimy nie dotykać - psie jedzenie".
Hm… bociana dziobał szpak, a potem była zmiana...


Autobus, biuro, kuchnia, szydełkowanie, mieszkanie i spanie...


Prawdziwe biuro turystyczne ;)


Niektóre stoiska zatrzymują na dłużej...


Pozory mylą… ;)


Biorę wszystko!


Wieczorne granie w Chiang Mai











Brak komentarzy:

Prześlij komentarz