Do Chiang Mai trafiliśmy późnym popołudniem i od razu zdecydowaliśmy się udać na poszukiwanie rekomendowanego hotelu pieszo. Znów 5km do przejścia. Znów było to dla nas ogromną przyjemnością, a niesione plecaki przypominały nam o backpackerskim spełnianiu marzeń.
Po drodze mijaliśmy jakże tradycyjne masaże, parki, kawiarnie, garkuchnie oraz jakże nowoczesne McDonald's, KFC i samochody z przyszłości. Odnaleźliśmy hotel - Deejay Backpackers - by dowiedzieć się, że nie ma dla nas miejsc ;) Jednak nieco już bardziej wprawieni w podróży wiedzieliśmy, że wystarczy trochę dłużej postać nad panią z recepcji i… jeeest! Nagle, ku zaskoczeniu samej recepcjonistki, szanowni państwo, znalazły się trzy wolne łóżka ;) Z uniesionymi głowami, udaliśmy się do "zwyciężonych" łóżek. Pozostawiliśmy plecaki i ruszyliśmy w podróż… do recepcji po piwo. A ponieważ było już późno, Marcin blogował, a my z Jackiem wypiliśmy jeszcze jedno piwo. Zaczęliśmy rozmawiać z rodziną i przyjaciółmi na skypie i tak oto nie wiadomo kiedy, wznosząc toasty, wypiliśmy jeszcze jedno piwo, wróciliśmy do łóżek i naszą podróż kontynuowaliśmy w głębokim śnie…
Następny dzień przyniósł już nieco mniej alkoholu i w zupełnej trzeźwości umysłu wynajęliśmy dwuosobowy skuter z zamiarem trzyosobowego wykorzystania. Przez dotychczasowy pobyt napatrzyliśmy się na pięcioosobowe rodziny transportujące się na skuterze, kury w kurnikach, kaczki w naszyjnikach, meble, choinki w postaci mandarynkowych drzewek… czy choć troszkę poruszyłam Twoją wyobraźnię? - pomnóż to przez 9 ;)
Nasz dwuosobowy skuter dla trzech osób mknął poza granice Chiang Mai krętymi dróżkami, wśród zielonych gór. Pięknie, świeżo, widokowo, w dole tętniące miasto, w górze zielony, aktywny wypoczynek… Po eksploracji wzgórz dotarliśmy do XIV-wiecznej świątyni o nazwie Wat Phra That znajdującej się na górze Doi Suthep. By móc podziwiać świątynię czekało nas nie lada wyzwanie - 309 schodów! Niemal każdy schodek sprzedawał cząstki kultury tajskiej. Wspinaczka ujawniła przed nami przepiękne krajobrazy, największy gong i największe djembe jakie widzieliśmy w życiu!!
 |
| Po pamiętnej, pierwszej nocy w Bangkoku, Jacek niemal nie rozstawał się z kaskiem ;) |
 |
| Tejże Pani z radością oznajmiliśmy, że stanowimy miłosny trójkąt, na co ku naszemu zaskoczeniu, Pani odpowiedziała: "Dwóch chłopców, jedna dziewczyna - bardzo nie dobrze. Dwie dziewczyny jeden chłopiec - ooo to bardzo dobrze!" ;) |
 |
| Przydomowy ogródek |
 |
| Dzwon świątynny Wat Phra That |
 |
| Największy gong, jaki w życiu widzieliśmy! Góra Doi Suthep |
 |
| Przed nami 309 schodów... |
 |
Etnicznie ubrane dziewczynki czekają, by zrobić im zdjęcie, po czym krzyczą "Money please!!"
Niestety zarabianie od maleńkości bynajmniej nie przysparza im uśmiechu na twarzy... |
 |
| Miłość Marcina do bębnów nie pozwala mu przejść obojętnie obok żadnego z nich... |
 |
| Ma rozmach Mnich ogrodnik |
 |
| Po największym w życiu gongu, Marcin odnalazł największe w życiu djembe... |
 |
| Moi chłopcy także nie przejdą obojętnie obok grupy Pań… ;) |
 |
| Cóż za precyzja... |
 |
| Szczyt góry Doi Suthep odsłania przepiękne krajobrazy |
 |
"Prosimy nie dotykać - psie jedzenie".
Hm… bociana dziobał szpak, a potem była zmiana... |
 |
| Autobus, biuro, kuchnia, szydełkowanie, mieszkanie i spanie... |
 |
| Prawdziwe biuro turystyczne ;) |
 |
| Niektóre stoiska zatrzymują na dłużej... |
 |
| Pozory mylą… ;) |
 |
| Biorę wszystko! |
 |
| Wieczorne granie w Chiang Mai |
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz