Ayutthaya , niedziela, 18 stycznia 2015
Jest piękny, tajlandzki wieczór, w niedużym miasteczku Ayutthaya, do którego dotarliśmy z Bangkoku. To drugie miejsce na mapie naszej wyprawy do którego chcieliśmy dotrzeć. Nim ruszymy dalej do Sukhothai, wydarzy się coś co całej trójce zmrozi krew w żyłach a mnie prawie wpakuje do więzienia. Ale po kolei ...
Podczas tej podróży, sporo wędrujemy, miejsca do których zazwyczaj turyści wynajmują tuktuka, my pokonujemy pieszo. Dzięki temu mamy okazję dotrzeć do mniej znanych miejsc, spotkać ludzi, których zazwyczaj omijają masy spragnionych widoku tylko najpiękniejszych miejsc turystów. I tak też było podczas pewnego wieczoru, w którym mocno już w zabawowym nastroju, udaliśmy się na nocny targ. W ciemnej, bocznej uliczce, napatoczyliśmy się na dziwną postać, połączenie włóczęgi, ulicznego sprzedawcy, pijaka i jak się miało później okazać ... złodzieja. Mocno nagabywany kupiłem od niego za pięćdziesiąt batów dość ciężką figurkę jeźdźca, który siedzi na czymś co nie było ani koniem, ani kotem. Gość szybko zapakował mi rzeźbę w jakieś foliowe worki, podziękowałem i rozstaliśmy się mówiąc Kob kun krap. W drodze powrotnej do hotelu, postanowiliśmy się zatrzymać, w położonym kilka metrów od naszego hoteliku barze. Kilka piwek,
( które ku naszemu zdziwieniu, dość szybko powalają nas na kolana ), miła, luźna atmosfera, fotki z tajską obsługą, standardowe jak na nas bratanie się z miejscowymi, i nagle wpadam na genialny plan! O jakże kurwa, zajebisty !!! Przecież mam dobre serce, jestem miłym, serdecznym gościem, mam gest i już zupełnie po pijaku, postanawiam zakupioną figurkę podarować barmanowi, mało tego, szybko wyciągam ja z worów, wbiegam za bar i z dumą ustawiam ją na jednej z półeczek. I nagle...
Zamieszanie, krzyki, strach w oczach obsługi, wymowne spojrzenie barmana, nie wiem co się dzieje, obrazy jakby w zwolnionym tempie docierają do mojej świadomości, widzę jak Guga z Jackiem już pakują się na skuter, ja stoję wciąż za barem, a moi towarzysze rozmawiają z jakąś kobietą, być może właścicielką baru. Wykrzyczane przez Jacka moje imię, doprowadza mnie do pionu, porywam ze sobą figurkę, przeskakuję przez bar i w nogi... wskakuję na skuter, którym omal nie staję dęba próbując czym prędzej uciec z tego miejsca. Po odjechaniu kilkuset metrów Jacek zatrzymuje skuter i widzę jak wyrzuca figurkę w najgęstsze przydrożne krzaki. Jak się później okazało, była to skradziona świątynna rzeźba, z urwaną głową króla Tajlandii, co w tutejszej wierze oznacza coś bardzo złego, przynosi pecha i cholera wie co jeszcze...Wspomniała coś jeszcze o więzieniu, iluś tam tysiącach batów grzywny i wiecznej złości bogów. Byłbym przeklęty do końca życia. Cóż, podróże kształcą, ale jak się okazuje, zdobywana wiedza na miejscu, może przyprawić o zawrót głowy i gęsią skórkę na dupie. Nie jestem specjalistą od azjatyckiej kultury, jej obyczajów, wierzeń, religii. Staraliśmy się przygotować do tej wyprawy, przeczytaliśmy kilka książek, mamy dobry przewodnik, spotykaliśmy się z ludźmi, odwiedzającymi wcześniej Tajlandię, nikt nie wspominał nic o jeźdźcach bez głowy .... Następnego dnia byliśmy już w Sukhothai, gdzie jak zwykle znów idąc nie tam gdzie cała reszta tłumu, trafiliśmy z Gugą na ... obchody dnia sportu. Co wydarzyło się tego dnia, a zwłaszcza nocą, nie zobrazują słowa, musicie zobaczyć filmik.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz