czwartek, 22 stycznia 2015

Fotografia_Sukhothai, 20 stycznia 2015


Sukhothai..hm.. jako pradawnej stolicy Tajlandii, z szacunkiem należy przyznać, że urok ma.. Piszą ludzie i przewodniki, że najlepiej na rowerze, że o świcie, że o zachodzie… osobiście nie wiem, jak można tak ważne dowody historii oglądać w mgnieniu oka, a tak przecież budzi się i żegna z nami słońce. Takie szybkie 'przeglądanie katalogu' ofert Sukhothai, można chyba nazwać turystycznym zwiedzaniem.. nie dotknąć, nie dać sobie czasu na kontemplację, wyobraźnię ożywiającą historię, no cóż.. nie mnie osądzać, ja w każdym razie o zachodzie dążyłam podziwiać świątynię jedną i to tylko z jednej strony - zachodniej ;) 

Mimo wszystko jednak po wizycie w Ayutthaya, Sukhothai zrobiło na nas nieco mniejsze wrażenie… choć jest zdecydowanie 'wygodniejsze' do zwiedzania, ponieważ Sukhothai jest parkiem archeologicznym, który spokojnie można pokonać pieszo lub rowerem, Ayutthaya natomiast nie daje takiej możliwości, aby w pełni poznać to co oferuje, będzie potrzebny skuter.

Wracając do Sukhothai, kiedy już przeszliśmy z Marcinem jakże wyniosły park, odpoczywając w jego ostatnim punkcie wysuniętym najdalej na północ, usłyszeliśmy… bębny, muzykę, życie! Odrazu ruszyliśmy za dźwiękiem. Po kilku minutach dotarliśmy do szkoły, w której rozbrzmiewała muzyka, konferansjer i doping zagrzewający do walki! Gdy tylko wyłoniliśmy się zza winkla, usłyszeliśmy energiczne: "Wellcome!! Hello, Wellcome!" i nagle ni stąd ni zowąd, już mieliśmy przy sobie mikrofon, już zdążyli obwieścić całej szkole skąd jesteśmy, już nalany do szklanki 'samoróbny', lokalny trunek czekał na zniknięcie w naszych spragnionych ustach. I tak oto mieliśmy okazję uczestniczyć w dniu sportu, brać udział w zawodach, grać, tańczyć i pić alkoholowy wyrób tamtejszego medyka. Gdyby tego było mało, to jeszcze zostaliśmy zaproszeni na wieczorne celebrowanie z okazji minionego i nadchodzącego Nowego Roku! Warunek był taki, że mieliśmy koniecznie przygotować jakiś występ, na co oczywiście zgodziliśmy się bez wahania. Gdy nadszedł wspomniany wieczór, zabraliśmy Jacka pod pachę i we trójkę pomaszerowaliśmy na wspólne świętowanie! Ledwo zdążyliśmy przekroczyć próg, a już siedzieliśmy za stołami, już czekały talerze pełne jedzenia i kufle wina przed nami. W centrum wydarzenia feerią kolorów mieniła się scena muzycznie opętana przez ćwiczących karaoke Tajów ;). Po kilkuminutowym biesiadowaniu przy stole zaproszono nas do tańca, po minutowym tańcu, zaproszono nas do stołu i tak cały wieczór ;) W między czasie po dumnych zapowiedziach wydarzył się nasz "występ", Marcin zagrał na bębnie, a ja zaśpiewałam "Hej morze moje morze" ;). Tajowie, lekko skonsternowani muzyką szantową, nie omieszkali dodać nam otuchy brawami. Ależ był ubaw! ;) 
Wieczór oryginalny, niezwykle radosny, zaskakujący przyjazną atmosferą, pękającym nagłośnieniem, mnogością lokalnych potraw i tańcem, który bardziej ograniczał się do kręcenia dłońmi… po tajsku.. ;)
Tak Sukhothai przywitało trójkę przybyszów z Polski ;)
Po noworocznym świętowaniu, wyruszyliśmy do Chiang Mai, przygotowując się do przemierzenia kilometrów górskimi szlakami, jazdy skuterami i zmierzeniem się z tygrysami...


















3 komentarze:

  1. Pięknie:))) U nas dzisiaj przebłysk słoneczka i też od razu przyjemniej;)

    OdpowiedzUsuń
  2. To było jak wczoraj:)
    Piękny czas ...........

    OdpowiedzUsuń
  3. Gugosławo- pełen szacunek, że w całym ogromie codziennych, intensywnych i niepowtarzalnych przygód jakie doświadczacie pamiętasz z każdym szczegółem pierwsze dni spędzone w Tajlandii;) Jak wrócicie- biorę tydzień wolnego i zamieniam się w słuch i wzrok;) :****

    OdpowiedzUsuń