piątek, 30 stycznia 2015

W Krabi inaczej się bawi


Południowa Tajlandia, Krabi , 28 stycznia 2015

To małe, rybackie miasteczko położone na zachodnim brzegu Morza Andamańskiego  zaskoczyło nas na wstępie swoim spokojem i   pewnego rodzaju wyciszeniem. Jest absolutnym zaprzeczeniem Phuket, półwyspu oddalonego od Krabi 167 kilometrów drogą lądową i zaledwie 80 kilometrów drogą morską. Wybraliśmy najtańszy sposób dostania się tutaj, wsiadając  początkowo w songthaew, szalenie oryginalną pasażerską ciężarówkę, która za zaledwie 30 bahtów zawiozła nas z ultra turystycznej, głośnej i drogiej plaży Phatong na oddalony 15 kilometrów dworzec autobusowy, skąd wykupiliśmy autobus za 155 bahtów na Krabi. Co ciekawe prawie każde otwarte do późnego wieczora biuro turystyczne, informacja turystyczna czy większy hotel, z niesłychaną uprzejmością i od ręki zamówią dla Ciebie busa, zadzwonią do kierowcy, umówią miejsce i czas spotkania, ale każą sobie za tę usługę zapłacić, oczywiście, nikt nie wspomina o tym, że cena będzie kilkanaście  razy przewyższała tę, którą wydamy na songthaew. Po zaledwie trzech tygodniach spędzonych w Tajlandii staliśmy się specjalistami w wyszukiwaniu tanich i niekonwencjonalnych sposobów podróżowania. Są turyści podróżujący podstawianym pod hotel, klimatyzowanym i luksusowym busem, który zawozi ich na lotnisko, lecz są też podróżnicy, którzy raczej wybiorą ekscytujący środek komunikacji. Miejski autobus, który trzeba dosłownie złapać na ulicy, ponieważ nie kursuje według żadnego rozkładu jazdy i odjeżdża zwykle, kiedy wszystkie miejsca będą już zajęte, łódkę wynajętą wprost od rybaka, czy lokalny pociąg, najlepiej klasy trzeciej, by poczuć swojski folklor. My należymy raczej do tej drugiej grupy. Jest spokojny, cichy, ciepły wieczór, lekko przytłoczeni wyjazdem Jacka, szlajamy się z Gugą ulicami Krabi. Mamy już wynajęty na jedną noc pokój w cenie 140 bahtów od osoby, więc na zupełnym luzie, bez plecaków, oddajemy się bez śpiesznemu   zwiedzaniu.  W podróżach, które toczą się same z siebie, kiedy oddajesz się chwili, płyniesz z prądem,  kiedy do szczęścia wystarcza ci to, że po prostu idziesz przed siebie, najpiękniejsze chwile przytrafiają się niespodziewanie,  wyłaniają się zza winkla, są wypadkową przypadkowych decyzji i czegoś co nazywa się szczęściem. Za naszym rogiem wyłania się niewielka, lecz miła i sympatyczna knajpka, z której sączy się leniwe reggae.  Postanawiamy wstąpić na drinka. A tam pełne zaskoczenie. Kolorowi ludzie, plakaty Boba Marleya, miła i uśmiechnięta obsługa, a co najważniejsze miejscowy zespół gra na żywo. Znacie mnie, więc nie będzie dla Was zaskoczeniem, jak napiszę, że już po chwili grałem z tym zespołem na djembe, improwizując do kolejnych piosenek. Coraz weselsza atmosfera, świeżo wyciskane soki, które tu namiętnie pijamy, półleżąca pozycja, absolutny spokój ducha, jest pięknie zarówno dookoła jak i w naszych sercach.  I w takich okolicznościach przyrody poznajemy … Martę, podróżniczkę, która obecnie samotnie przemierza kolejny kraj Azji południowo-wschodniej. Szybko nawiązujemy wspólny język i już po chwili umawiamy się, że nazajutrz razem wyruszymy zwiedzić kilka wspaniałych plaż i wysp. Podnieceni tym co ma nastąpić  następnego dnia udajemy się do hotelu, po drodze zjadając coś z ulicznego baru. Jak się okazuje, to jeden z najlepiej przyrządzonych posiłków jakie w życiu jedliśmy. Ktoś pomyślałby, ot, zwykły smażony ryż z mięsem i kilkoma przyprawami,  lecz dla nas tej nocy smakuje wyjątkowo, smakuje miłością, przygodą, czymś nieznanym, jest zarazem i słodki i kwaśny, jest łagodny i ostry. Feeria   doznań jakie serwujemy  naszym kubkom smakowym jest w tym momencie nie do opisania. Trzeba tu być i poczuć to na własnej skórze, bo nie ma takich słów i języków świata, które potrafiłyby oddać to co czujemy tej nocy. Po dotarciu do hotelu zasypiamy w sekundzie, na golasa. temperatura w pokoju na pewno sięga trzydziestu pięciu stopni… 

2 komentarze: