Chomiki w pochwie

Ta noc pachnie kwiatami. Zwłaszcza, gdy przemierza się Phuket na skuterze, który stał się naszym podstawowym środkiem podróży. Są miejsca gdzie Tajlandia śmierdzi zgniłymi rybami, są takie, które przesiąknięte są zapachem kadzideł. Dziś w powietrzu unosi się zapach świeżo ściętych kwiatów. Od kilkunastu godzin jesteśmy na południu. Po przemierzeniu 1500 kilometrów, spędzeniu łącznie w pociągu i autobusie blisko 35 godzin, dotarliśmy z Chang Mai na wyspę Phuket. Nie obyło się oczywiście bez przygód, które dzielnie pokonujemy po drodze. Przywykliśmy już do tego, że po wyjściu z dworca maszerujemy wzdłuż drogi. Pokonujemy kolejny kilometr, odmawiamy kolejnym naciągaczom, którzy próbują wcisnąć nam taxi, za które przepłacilibyśmy kilkukrotnie, stawiamy krok za krokiem z wielkimi plecakami, i jest nam z tym dobrze. Tak też było wczorajszej nocy. Po przejściu kilku kilometrów, gdy daleko za nami zostały światła miasta, gdy chodniki ustąpiły miejsca polnej drodze, a dookoła zapadły grobowe ciemności, postanowiliśmy jednak spróbować złapać stopa, busa, taksówkę, cokolwiek. Udało nam się dotrzeć na coś w rodzaju skrzyżowania, skąpo oświetlonego uliczną latarnią. I w ciągu minuty Jackowi udało się nakłonić dwie kobiety jadące pickupem, by zabrały nas na pace do Pathong Beach. Szybkie wrzucenie plecaków na pakę, hop, i już pędzimy przez noc w nieznane. Po kilkunastu minutach docieramy pokonując kilka wzgórz na głośną, kolorową, pełną knajp ulicę, na której setki sprzedawców próbuje opchnąć ci wszystko, co tylko możesz sobie wymarzyć. Po jednej stronie ulicy dziesiątki straganów, dziwki, bary, po drugiej plaża i niekończący się widok morza andamańskiego. Dochodzi 3 nad ranem. Rozkładamy swoje graty bezpośrednio na plaży, wskakujemy w jedwabne, ultra cienkie śpiworki, dopijamy piwka i umęczeni długą podróżą, emocjami, choć jednocześnie podnieceni tym co przyniesie nam kolejny dzień, zasypiamy pod niebem pełnym gwiazd. Gdy z trudem otwieramy oczy, słońce jest już wysoko nad horyzontem. Zapowiada się kolejny upalny dzień. Z niedowierzaniem patrzymy na siebie, okazuje się bowiem, że udało nam się zabezpieczyć przez komarami wszystko poza twarzami, które obecnie wyglądają jakbyśmy dostali młodzieńczego trądziku. Opuchnięci, pokąsani, rozpoczynamy kolejny dzień, w którym musimy znaleźć jakieś lokum do spania, musimy zorganizować siebie skuter, którym jak się okaże przejedziemy wyspę wszerz i wzdłuż, a nade wszystko musimy zadbać o śniadanie, co w Tajlandii o dziewiątej rano, nie jest takie łatwe. Z pomocą przychodzą uliczni sprzedawcy, bo w czasie kiedy większość knajp i restauracji jest jeszcze zamknięta, albo dopiero rodzi się do życia, ci z dumą pichcą w swoich garach sobie tylko znane składniki i na oczach kupującego, wyczarowują doskonałe posiłki. Temat jedzenia w Tajlandii to temat rzeka, godny osobnego wpisu, czy nawet książki, powróćmy zatem do naszego ostrego jak diabli, jedzonego bezpośrednio na ulicy śniadania, na które składała się miska ryżu, dwa sadzone jajka, mięsny sos z wieprzowiny , smażony groszek, brokuł, marchewka i potężna dawka chili. Posileni, wyruszamy już w blisko trzydziestopięciostopniowym upale w poszukiwaniu hoteliku, w którym będziemy mogli wziąć prysznic i doprowadzić się do porządku. Udaje nam się dość szybko znaleźć trzyosobowy pokój w Principe Village w cenie 1100 batów, co na tutejsze ceny, absolutnie nie jest wygórowaną stawką. Mamy własną łazienkę ( dla nas luksus !!! ) z ciepłą wodą, wielką szafę, telewizor i nawet klimatyzację. Czujemy się jakbyśmy wygrali los na loterii, choć to nawet nie jest dwugwiazdkowa miejscówka. Doprowadzenie się do porządku nie zajmuje nam wiele czasu, i z nową energią, zapałem i uśmiechem na ustach ruszamy na zwiedzanie wyspy Phuket. Od razu we znaki wdaje się tutejsza temperatura i wilgotność powietrza. Pomiędzy północą, z której przybyliśmy, a południem Tajlandii jest zasadnicza różnica. Od razu odczuwamy większą wilgotność, ubrania same kleją nam się do spoconych ciał, temperatura jest wyższa, powietrze gęstsze, bardziej nasycone. Nie przeszkadza nam to jednak, by wynająć skuter za 250 batów, i w poczuciu wolności i całkowitego braku skrępowania, prawie na golasa przemierzać tutejsze kręte, a to bardzo strome, opadające ku oceanowi, a to wznoszące się ku niebu drogi. Odwiedzamy Paradise Beach, pomijając komercyjną, płatną sto batów, bardzo popularną i lubianą przez turystów plażę. Odjeżdżamy lekko w bok, przeskakujemy przez niewysoki płot, i już możemy zrzucić z siebie ubrania i opalać się w całkowitym negliżu. Tego dnia zaliczamy jeszcze kilka plaż, kilka popularnych punktów widokowych, trafiamy na targ pełen owoców, na którym postanawiamy zakupić coś na kolację i ku naszemu zaskoczeniu nagle nastaje zmierzch. Na tej szerokości geograficznej, słońce chowa się za horyzont bardzo szybko. Zachody są imponujące, pomarańcz miesza się z cynobrem, by przejść w czerwień, która z początku nieśmiała, nagle zalewa nieboskłon karminem i purpurą tak głęboką, jak głęboka może być tutaj wiara w buddę. Ta noc pachnie kwiatami. Od kilku godzin popijamy whiskey z colą znów siedząc na plaży. Zjedliśmy sałatkę owocową. Piasek jest delikatny i lekko już chłodny. Po drugiej stronie ulicy handluje się ciałem. My zwróceniu ku Oceanowi Indyjskiemu, z laptopami na kolanach staramy się oddać klimat dzisiejszego dnia i tego miejsca. Spokojne i tonizujące fale morza andamańskiego z jednej strony i odgłosy klubów nocnych z drugiej. Gwieździsta noc nad nami, a kilka metrów dalej światła dyskotek i klubów ze striptizem. Zapach uderzających o brzeg fal i zapach pieczonych nieopodal kurzych serc, nerek, podrobów, krabów i świnek morskich. Romantyczne spacery zakochanych par wzdłuż brzegu i natarczywe dłonie spoconych czterdziestolatków szukających swojego katharsis na pośladkach kolejnej piętnastolatki. Taka właśnie jest Tajlandia. Pełna sprzeczności, kontrastów, uderzających i powalających na kolana pięknych widoków usytuowanych tuż obok slumsów czy wysypisk śmieci. I takie są nasze odczucia. Z jednej strony Phuket nas zachwyca, z drugiej obrzydza. Nęci zapachami, kolorami, widokami, by po zachodzie słońca, powalić na kolana ilością nagości, bezwstydnych póz czy reklamą chomików wkładanych sobie w pochwę podczas "ping pong show ". Wszystko jest na sprzedaż. Z wszystkiego można zrobić biznes. Nad naszymi głowami przelatują kolejne świecące w ciemności lampiony za jedyne 150 batów… Te same widzieliśmy w Chinatown za 30 batów, jeszcze kilka dni temu w Chiang Mai, ale do głowy nam nie przyszło wówczas, że będą taką atrakcją nad brzegiem morza, którego woda obecnie ma 30 stopni ciepła…
Cóż, wielki turystyczny przemysł, zarówno w mieście jak i w dżungli ma swoje dobre strony jak i te przerażające, których lepiej nie dostrzegać, by nie zepsuć sobie całej frajdy podróżowania. Ale jak tu nie dostrzegać choćby krzywdzenia zwierząt czy znudzenia przewodników, którzy zamiast zabawić Cię ciekawą opowieścią, powłóczą smętnie nogami by poprowadzić równie smętnego i znużonego słonia po raz milionowy tą samą wydeptaną ścieżką w pseudodżungli ? Jak udawać, że się nie widzi małp przywiązanych metrowym łańcuchem do drzew, jak udawać, że się nie widzi …. Ech, dużo by pisać, ale to już opowieść na kolejnego bloga, w którym opiszemy naszą dwudniową trekkingową wyprawę w góry Chang Mai, w których spotkamy kobiety plemienia Karen, spędzimy noc w wiosce, wraz z tubylcami, dotrzemy nad wodospady i damy się ponieść na grzbiecie słonia. Tymczasem lecimy pa pa …
Kochani.. coraz gorzej znoszę każdy Wasz kolejny wpis. Czuję, że już niebawem żałość, powodowana tym, że nie ma mnie z Wami rozsadzi mi serducho...!!!Całuje mocno z otulonego śniegiem Grodu Kraka :*** Przedsięwziujcie, doświadczajcie i wracajcie szybko!!!:):)
OdpowiedzUsuńA reszcie co? Nie podobają się wpisy? Zero komentarza... ;P ;P ;P
OdpowiedzUsuńna to wychodzi Dorotko, chyba mamy tylko garstkę aktywnych czytelników.
UsuńMoże z czasem .... ? :)
garść a nie garstkę !
Usuńopowieści się podobają, bo są jak z innego świata, jak z innej planety.
ale racja... brakuje zdjęć.
oczywiście to zrozumiałe, bo czas nie z gumy, i tak szok że znajdujecie czas na pisanie prozoezji.
cały czas sobie ostrzę zęby na opowiadanie i slajdy na żywo.
ale oby wyprawa trwała jak najdłużej (dla Was) i możliwie krótko (dla nas)
i pisać o tym plemieniu proszę ! miała być Azja tym razem a nie Afryka, nie?
Na prawdę Wam zazdroszczę ! Super wyprawa pełna przygód i nieprzewidywalności... Dziwi jednak fakt, że pomimo tylu ciekawych rzeczy jakich doświadczacie masz jeszcze czas opisywać to wszystko dla potomnych :)
OdpowiedzUsuńPozdrawiam i czekam na fotki :)
Anetko, uwierz mi, że byłoby tego znacznie więcej, gdybym miał na bieżąco czas wszystko opisywać... Każdy wpis jakiego dokonuję, powstaje między drugą a trzecią w nocy, po całym dniu pełnym przygód i emocji, i prawie zawsze przyłapuję się na tym, że pisząc przysypiam, więc nawet nie jestem pewien czy dokonując tych wpisów, nie popełniam jakiś błędów, czy to w składni, czy w treści merytorycznej czy choćby w ortografii... Nie czytam już nawet tego co napisałem przed publikacją, ot, po prostu nie mam siły... Ale liczę na to, że mimo wszystko nasz blog się Wam podoba, i będzie z czasem miał coraz więcej czytelników...
UsuńOsobiście blog bardzo mi się podoba. Oczyma wyobraźni widzę tam siebie ;) Chciałabym móc poczuć (podobnie jak Wy) lekki przeszywający mnie dreszczyk strachu, podążać szlakami , którymi podążaliście... To czysta rozkosz puścić wodze fantazji i w wyobraźni podróżując razem z Wami :) Jak na razie pozostaje mi jedynie podróż palcem po mapie ;) Trzymajcie się cieplutko. Z drugiej strony zimno Wam nie grozi ;)
UsuńJa czytam, czytam!! Błędów nie dostrzegam bo sama sądzę...jesli mogę to bym życzyła sobie więcej obrazków :-)
OdpowiedzUsuńJa czytam juz 5 raz😁 dowiedzialam sie o tym blogu od znajomej eweliny z korporacji z ktorej sie zwolnila i jestem zaczytana☺moj maz twierdzi ze go to nie interesuje ale jak przegladam zdjecia to dziwnie jego glowa wedruje na moim ramieniu i ogladamy razem, wiec czytajacych i nie komentujacych jest chyba sporo. Przemkneło mi, że marcin chciałby otworzyc restauracje ale do niej nie kazdy wpadnie a jak by tak powiesc napisac powieścio-przewodnik to ja kupie od razu! To bylo by cos ☺ bo talent pisarski ogromny. Pozdrawiam weronika
OdpowiedzUsuń