21 lutego 2015, sobotni wieczór, Nha Trang.
To była szybka
akcja. Jednodniowy, błyskawicznie przeprowadzony skomasowany atak na największe
atrakcje Nha Trang. Dzień wypełniony po brzegi, intensywny, upalny, pełen
wrażeń, a co najważniejsze układający się po naszej myśli i wesoły. I smaczny.
I taki, że na długo pozostanie w naszej pamięci. A wszystko zaczęło się o 6
rano, gdy wysiedliśmy z autobusu, w którym spędziliśmy noc leżąc na …podłodze.
Ale o tym kiedy indziej, bo dziś tylko na wesoło :) Nauczeni doświadczeniem od
razu zgłosiliśmy w biurze Camela chęć rezerwacji sypialnianego autobusu do
Sajgonu. I tu pierwsza niespodzianka, czego zresztą mogliśmy się domyśleć. Nie
ma wolnych miejsc w kursie niedzielnym, na który mieliśmy chrapkę.
-Najwcześniej możecie wyruszyć
w środę.
-Ale to za cztery dni -
mówimy, a my chcemy wyruszyć w dalszą podróż już jutro!
Pani pogrzebała w
stosie papierów na biurku i z szelmowskim uśmiechem oznajmiła, że są jeszcze
dwa wolne miejsca w kursie dzisiejszym o 20.00. Bez wahania zabukowaliśmy dwa
miejsca na wieczorny kurs, zostawiliśmy plecaki w Camelu i w drogę. Przystanek
pierwszy: plaża! Rewelacyjny mięciutki biały piasek, słońce, Ocean Spokojny i
gigantyczne fale, a pośród nich … ja. Guga została na plaży delektując się słońcem. Szalenie słona ale ciepła woda i
te ogromne fale próbujące mnie powalić. Wspaniałe doświadczenie. Przystanek
drugi: Śniadanie. Obawialiśmy się, że o ósmej rano nie znajdziemy żadnych
ulicznych pyszności, ale zaserwowany nam przy jakimś skrzyżowaniu smażony ryż z
grillowaną wieprzowiną, sadzonym
jajkiem, licznymi sosami, limonką i
zielonym chili rozwiał wszelkie nasze wątpliwości. Kolejny punkt dla Wietnamu i
dzisiejszego dnia. Przystanek trzeci: najdłuższa gondolowa kolejka świata,
licząca ponad trzy kilometry, biegnąca 50 metrów nad Oceanem Spokojnym. Chcemy
tam dotrzeć pieszo, idąc wzdłuż majestatycznej plaży. Nieśpiesznym krokiem
docieramy do uroczo wyglądającej kawiarenki, położonej w cieniu rozłożystego
drzewa, w której zamawiamy mrożone kawy. Na liście plusów dzisiejszego dnia
dopisujemy i tę pozycję. Do kasy biletowej kolejki docieramy na jedenastą. Cena
biletów 550 tysięcy dongów. Kosmos. Ale decydujemy się zakupić bilet. Nie wiemy
jeszcze, że w cenę wliczone jest wesołe miasteczko, kolejka górska,
rollercoster, podwodny świat z pokazem tańca syren, park wodny,
samochodziki, masę różnych karuzel, laguna delfinów i wiele innych
atrakcji, które przyjdzie nam przeżywać. A więc kolejna miła niespodzianka od
Nha Trang. Na wyspie Vinpearl, do której zawiozła nas gondola spędziliśmy
pięć godzin. Kolejki do poszczególnych atrakcji powalały na kolana, szkoda było
nam czasu by stać w niektórych, więc po szalonej jeździe na górskiej kolejce,
wygłupach na torze samochodzików ( które
w tym przypadku były zwierzątkami ), zaliczeniu salonu gier, podwodnego świata,
w którym podziwialiśmy masę pięknych
morskich stworzeń i raf koralowych, udaliśmy się do parku wodnego. Wyznam
szczerze, że takiej zabawy i szaleństw, tylu emocji, śmiechu i strachu nie mieliśmy z Gugą od bardzo dawna.
Ilość ślizgawek, z których zjeżdżaliśmy z przerażającą prędkością na
dwuosobowych dmuchanych pontonikach jest nie do opisania. Jedne otwarte, inne kryte, jedne z niewielką
ilością zakrętów, inne znów szalenie pokręcone. Strome i łagodne, leniwe i ultra szybkie i gdy
wydawało się, że szybciej i mocniej już
nie można, trafialiśmy na taką, przy której wrzask wydobywający się z naszych
gardeł musiał być słyszalny na całym obiekcie.
Niestety nie mogliśmy zostać do końca regulaminowego czasu, czyli do
21.00. O 19.00 odjeżdżał nasz autobus do Sajgonu. Zbliżała się 17.00, czas by w
mokrych kąpielówkach wyruszyć w powrotną drogę do centrum miasta. Opuszczaliśmy
Nha Trang z uczuciem niedosytu. Wspaniałe, wielkie fale Oceanu Spokojnego szumiały nam w głowach
jeszcze długie godziny, podczas gdy nasz autobus mknął przez noc w nieznane…

fajnie być dzieckiem :)
OdpowiedzUsuń