11 lutego 2015, 19.40 , Hanoi.
Właśnie wyruszyliśmy sleepingbusem z Hanoi do oddalonego o 700 kilometrów, niewielkiego miasteczka Hue, położonego nad brzegiem Morza Południowochińskiego. Mamy tam dotrzeć jutrzejszego poranka, nie wiemy dokładnie o której. Wykupiliśmy Open Ticket za 45 dolarów od osoby, co umożliwia nam swobodne podróżowanie z północy na południe z możliwością wyjścia i wejścia do kolejnego autobusu w dowolnym terminie. Bilet ważny jest jeden miesiąc. Opuszczamy Hanoi pełni wrażeń i z uczuciem niedosytu. To miasto nas zahipnotyzowało, ujęło i zauroczyło. Bangkok miał być tym miejscem, w którym zakochamy się od pierwszego wejrzenia, ale przegrał z kretesem gdy Hanoi otworzyło przed nami swoje ramiona. Ta najnowocześniejsza i najszybciej rozwijająca się metropolia północnego Wietnamu z gęstością zaludnienia dwa tysiące osób na kilometr kwadratowy, z całą pewnością nie pozostawi obojętnych nawet najbardziej zagorzałych podróżników, bowiem liczba atrakcji, wspaniałych wąskich, zatopionych w lokalnym kolorycie uliczek, targów, monumentalnych budowli czy parków ze wspaniałymi zabytkami przyprawia o zawrót głowy. Wyobrażacie sobie ulicę bambusową, wzdłuż której rozciąga się niezliczona ilość maleńkich sklepików i straganów oferujących wspaniałe wyroby z bambusa? Malownicze bambusowe drabiny tysiącami podpierają stare, odrapane mury zabytkowej części Hanoi. To samo dotyczy ulicy bębniarskiej, kwiatowej czy obuwniczej. Gdy wejdzie się w taką uliczkę widoki zapierają dech w piersiach. Hanoi żyje własnym rytmem, i w pierwszych dniach pobytu może to zaskoczyć nowo przybyłych do miasta turystów. Przede wszystkim zaskakująca jest godzina zamierania ulicznego życia, to bowiem znika z ulic Hanoi już o 22.00 kiedy Policja zamyka ulice i wprowadzana jest prohibicja. Gęste, głośne, przepełnione aromatem gotujących się i smażonych wietnamskich potraw, zatłoczone uliczki wyludniają się w ciągu godziny. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki znikają stragany, uliczny handel, rozłożone gdzie byle miniaturowe krzesełka z miniaturowymi stolikami, przy których pije się piwo i łechce kubki smakowe kolejnymi świeżymi porcjami tutejszych smakołyków. Znikają baby z przywiązanymi do starych i rozklekotanych rowerów kiściami bananów, skarpetek czy woreczków z nie wiadomo czym. Znikają sprzedawczynie pączków noszonych starodawnym sposobem w wyplatanych koszykach przywiązanych na krańcach bambusowego pałąku. Znikają śmieci z ulic a podświetlone do tej pory towary, nikną w ciemnościach. Przed północą na ulicach nie ma już nikogo. Czasem z co bardziej turystycznego lokalu dobiegnie śmiech amatora tutejszych mocniejszych trunków, niemniej miasto zapada w sen i trwa w nim do świtu, kiedy to ulice zamieniają się w jeden wielki targ. Każdy róg, skwer, plac, bramę, chodnik, najmniejszy skrawek wolnej przestrzeni zajmują handlarze i handlują wszystkim co tylko można sobie wyobrazić. Podobno Wietnam słynie z bardzo dobrych krawców i ponoć jeszcze lepszych szewców, ale na nas wrażenie wywarła liczba pucybutów, którzy rozłożeni na kawałku gazety, ze starą, pachnącą terpentyną i pastą do butów drewnianą skrzyneczką oferowali za grosze swoje usługi. A skoro mowa o liczbach, to wiecie, że słowa "cztery" i "śmierć" mają niemal identyczną wymowę w językach chińskim, wietnamskim, koreańskim i japońskim. Ponieważ mało kto chce mieszkać na piętrze "śmierć", w wielu budynkach mieszkalnych w całej wschodniej Azji pomija się piętra czwarte. W przypadku wieżowców dotyczy to często wszystkich pięter o numerach zawierających czwórkę: 4, 14, 24, 34, i 40-49. Mało która potrawa ma w swojej cenie 4, zazwyczaj płacimy za najpopularniejszą tutaj zupę Pho Bo 35 tysięcy wietnamskich Dongów albo 50 tysięcy. Nigdzie nie spotkaliśmy się z ceną 40. Pokoje na 4 piętrze tanich hoteli zazwyczaj są najtańsze, więc jeśli szukacie oszczędności pytajcie czy w danym hotelu/hostelu jest 4 pięto, jeśli jest, możecie być prawie pewni, że będzie tańsze. Jeśli wybierzecie się w Hanoi na wieczorny posiłek, i zechcecie zjeść coś pysznego, pożywnego i nie drogiego to zamówcie zupę Pho. Wyróżnia się dwa rodzaje tej zupy: Pho Ga – z mięsem kurczaka oraz Pho Bo – z wołowiną. Czy to znaczy, że wegetarianie nie będą mogli skosztować już tej zupy? Bezmięsna Pho nosi nazwę Pah Chay. Głównymi składnikami wegetariańskiej zupy Pho są: aromatyczny bulion z imbirem, cynamonem, goździkami i anyżem, makaron ryżowy oraz świeże zioła (bazylia, kolendra), kiełki fasoli, cebula, limonka oraz przyprawy. Niektórzy kucharze dodają też tofu, cienko pokrojone chili lub orzeszki ziemne. Dla mnie to najlepsza zupa jaką jadłem w do tej pory w Wietnamie. Wietnamczycy w doborze składników potrawy jak i samych potraw w posiłku, czy też doborze potraw do pory roku lub samopoczucia jedzącego wyznają zasadę yin i yan. I tak np. kaczka uważana za ‘zimną’ serwowana jest w upalne lato. Owoce morza także uważane za chłodne najlepiej smakują wg Wietnamczyków z imbirem, który jest ‘ciepły’. Smak ostry, który jest ‘yan’ musi być zbilansowany smakiem kwaśnym czyli ‘yin’. Filozoficznego podejścia do gotowania można doszukać się także w innych aspektach kuchni wietnamskiej, np. kierowania się zasadą pięciu elementów i tak wiele wietnamskich potraw zawiera przyprawę : ostrą, kwaśną, gorzką, słoną i słodką. Zawierają one także 5 składników odżywczych: proszek, wodę lub płyn, elementy mineralne, proteiny i tłuszcz.Gotowanie i jedzenie odgrywa niezwykle ważną rolę w kulturze wietnamskiej. Słowo ăn (jeść) pojawia się w dużej ilości przysłów i ma wiele zastosowań semantycznych. Przechadzając się po jednym z targów w dzielnicy absolutnie nie odwiedzanej przez Europejczyków natknęliśmy się stoisko z wędzonymi psami, co nie było dla nas wielkim zaskoczeniem, wiedzieliśmy bowiem, że tutejsza tradycyjna kuchnia wykorzystuje psie mięso w potrawach, niemniej sam ich widok wzbudził w nas grom mieszanych uczuć. O wiele piękniejszym widokiem dla nas były liczne stragany z kolorowymi ziołami, przyprawami, nasionami. Często leżące bezpośrednio na ulicy stosy mięty wietnamskiej, krachaju, bazylii, kolendry, chili, i wielu innych ziół nasycał powietrze obłędnym aromatem, od którego aż kręciło się w głowie. Zaskakującym ale miłym dodatkiem jest podawana prawie w każdej restauracji delikatna biała lub zielona herbata. Otrzymaliśmy ją gratis nawet do kawy, która w wietnamskim wydaniu smakuje i wygląda zupełnie inaczej niż nasze wyobrażenie "małej czarnej".
Dochodzi godzina dwudziesta pierwsza, nasz autobus z łóżkami zgrabnie pokonuje kolejne kilometry. Guga śpi na piętrowym łóżku pod oknem, ja ulokowałem się również na górze, ale na środku autobusu. Po lewej cichutko pochrapuje sobie jakaś hiszpanka. Próbuję sobie odpowiedzieć w myślach jakie było dla nas Hanoi, jaki był Wietnam przez tych kilka pierwszych dni. Jadąc tu, słyszeliśmy na wskroś różne opinie zarówno o Wietnamczykach jak i o samym mieście. Ale dla nas okazał się fantastycznym miejscem z miłymi, uśmiechniętymi i przyjaźnie nastawionymi ludźmi. Na długo zapamiętam torowisko i pociąg, który przejeżdża pomiędzy rzędami domów, oddalonych od siebie zaledwie ze trzy metry, cesarską cytadelę, świątynię literatury, wodny teatr lalek, uliczny gwar, tysiące kawiarenek przyklejonych do odrapanych ale malowniczych murów starych kamieniczek, dwukilometrowy stuletni most, i wiele wspaniałych widoków, dzięki którym z wielką przyjemnością pewnego dnia wrócimy do Hanoi.
A jeśli zaintrygowaliśmy Was drodzy czytelnicy do głębszych kulinarnych poszukiwań, to zachęcamy do odwiedzin bloga Emilii Krywko, która mając wietnamskie korzenie wyśmienicie i bardzo pysznie pisze o tutejszej kuchni. ( klik )
A jeśli zaintrygowaliśmy Was drodzy czytelnicy do głębszych kulinarnych poszukiwań, to zachęcamy do odwiedzin bloga Emilii Krywko, która mając wietnamskie korzenie wyśmienicie i bardzo pysznie pisze o tutejszej kuchni. ( klik )

Wasz autobus z łóżkami, którym podrozujecie, kojarzy mi się z autobusem Błędny Rycerz w Harrym Potterze;) no ale sama w tym prawda,przecież Marcin jestes czarodziejem:)
OdpowiedzUsuńnasz autobus z open ticket okazał się jechać donikąd .... Jest rodzajem terroru turystycznego, nie otwartą i przyjazną komunikacją. Czujemy się oszukani i zawiedzeni. plan naszej podróży na południe gwałtownie się zmodyfikował na naszą niestety niekorzyść. Gość z biura podróży zapewne zaciera teraz ręce z szelmowskim uśmieszkiem na ustach i z błyskiem szalbierstwa w oku. Bamboo Travel w Hanoi - NIE POLECAMY!!! A to łotr jeden !!!
UsuńŚwiat można oglądać oczami nieszczęsnej ofiary kradzieży, bądź śmiałka wyruszającego na poszukiwanie skarbu. Wybieramy opcję dwa, i choć okłamani i oszukani - to jednak szczęśliwie zakochani, nie tracimy rezonu i rozpoczynamy misję : " łowcy przygód " jak tylko uda nam się wynająć skuter :) Przygodo witaj, nadchodzimy !!!!
UsuńUwielbiam czytać wasze opowieści.
OdpowiedzUsuńNasiąknięte są ekspresją, kolorem, tętniące życiem, emocją pozwalają poczuć wszystkimi zmysłami odwiedzane przez was miejsca i przeżyte przygody.
Jedne przyprawiają o gęsią skórę inne zaś dają upust wyobraźni.
Natomiast lekkość języka autorów zdaje się być uzależniająco odurzającą dawką adrenaliny i ciekawości kolejnej wyprawy.
Z niecierpliwością czekam na kolejnego zaczarowanego posta.
Pozdrawiam :)
dziękujemy,bardzo nam miło :) !!!
Usuńwspaniały Wietnam
OdpowiedzUsuń