Dochodzi południe, słońce delikatnie muska nasze coraz bardziej czekoladowe ciała, sprawiając, że czujemy się zrelaksowani i szczęśliwi. Mieliśmy dziś jechać na południe do Nha Trang, ale okazało się, że w przed dzień jak i w dniu Nowego Roku nie kursują żadne autobusy. Wszyscy świętują. Cóż, dwa kolejne dni w tym cudnym mieście nam nie zaszkodzą. Szybo znaleźliśmy nowy hotelik, bo z wcześniejszego zdążyliśmy się w miedzy czasie wylogować, więc mamy masę czasu dla siebie i możemy bez pośpiechu powłóczyć się po zakamarkach tego portowego miasta. Pierwsza myśl - targ! Najtłoczniejsza, najbardziej kolorowa, pachnąca, absolutnie zaskakująca część Hoi An. Siadamy na mikroskopijnych stołeczkach przy niewielkim plastikowym stoliku i zamawiamy coś co przypomina zupę. Dwie wielkie misy wypełnione grubym makaronem, świeżutką zieleniną, mięsem, pasztecikami, spring rollsami, i czymś co w smaku przypominało nasze prażynki, którymi zajadałem się jako dzieciak. Wszystko przyprawione sosem rybnym i sokiem z limonki. Kolejny dowód, że uliczna kuchnia Wietnamu może być smaczna, pożywna i chyba… zdrowa. W tej plątaninie straganów, klatek z kurami, towarem wysypanym wprost na ziemię, odnajdujemy swój prawie cichy kącik, z którego możemy obserwować toczący się dookoła handel. Czas na kawę. To istna loteria, bowiem piłem tu już kawę o niebiańskim smaku i coś czego nie dało się przełknąć, ale co tam, kto nie ryzykuje ten nie ma. Po chwili sympatyczna Wietnamka przynosi nam do stolika dwie mrożone kawy z mlekiem do których podaje nam banany. Tym razem się udało. Wyborna! Zastanawiam się co jeszcze możemy zrobić by jakoś w pełni wykorzystać dany nam czas. Jesteśmy tu już trzeci dzień, udało nam się zwiedzić położony 50 kilometrów od Hoi An kompleks XI wiecznych świątyń My Son, przeszliśmy miasteczko wszerz i wzdłuż, byliśmy na plaży, zwiedziliśmy targ rybny i centralny targ położony nad rzeką, buszowaliśmy po sklepach i sklepikach w poszukiwaniu ciekawych pamiątek, wyjechaliśmy na wieś by przekonać się jak smakuje tamtejsze jedzenie, zwiedziliśmy japoński most, posiedzieliśmy w porcie, zrobiliśmy zdjęcia łódeczkom, dzieciakom, lampionom, kolonialnym budynkom. Nie bardzo wiemy co dalej? Może poświęcimy ten czas na przejrzenie zdjęć, może wybierzemy się za miasto. Czas pokaże. Póki co rozkoszujemy się kawą, do której wkroiliśmy sobie banany, Guga wypisuje pocztówki, dookoła łażą kury a dźwięk skuterowych klaksonów właściwie nie ustaje. Jest pięknie. Z całą pewnością nie będziemy siedzieć bezczynnie, bo to do nas kompletnie nie podobne. Jutro Nowy Rok. Według księżycowego kalendarza przypada rok kozy. Zgoliłem już wąsy i brodę, by w jakiś sposób zaznaczyć wyjątkowość tego czasu, oddaliśmy ciuchy do pralni, zakupiliśmy nowe buty ( to moja wielka słabość ), wymyłem włosy, choć i tak skutecznie chowam je pod chustką, zakupiliśmy kadzidła, więc w sumie jesteśmy przygotowani. Jutro zdobędziemy szampana i po raz kolejny będziemy świętować nadejście Nowego Roku. Guga jest Smokiem, ja jestem Małpą, a co przyniesie nam Koza ?
środa, 18 lutego 2015
Nadchodzi Rok Kozy !
Dochodzi południe, słońce delikatnie muska nasze coraz bardziej czekoladowe ciała, sprawiając, że czujemy się zrelaksowani i szczęśliwi. Mieliśmy dziś jechać na południe do Nha Trang, ale okazało się, że w przed dzień jak i w dniu Nowego Roku nie kursują żadne autobusy. Wszyscy świętują. Cóż, dwa kolejne dni w tym cudnym mieście nam nie zaszkodzą. Szybo znaleźliśmy nowy hotelik, bo z wcześniejszego zdążyliśmy się w miedzy czasie wylogować, więc mamy masę czasu dla siebie i możemy bez pośpiechu powłóczyć się po zakamarkach tego portowego miasta. Pierwsza myśl - targ! Najtłoczniejsza, najbardziej kolorowa, pachnąca, absolutnie zaskakująca część Hoi An. Siadamy na mikroskopijnych stołeczkach przy niewielkim plastikowym stoliku i zamawiamy coś co przypomina zupę. Dwie wielkie misy wypełnione grubym makaronem, świeżutką zieleniną, mięsem, pasztecikami, spring rollsami, i czymś co w smaku przypominało nasze prażynki, którymi zajadałem się jako dzieciak. Wszystko przyprawione sosem rybnym i sokiem z limonki. Kolejny dowód, że uliczna kuchnia Wietnamu może być smaczna, pożywna i chyba… zdrowa. W tej plątaninie straganów, klatek z kurami, towarem wysypanym wprost na ziemię, odnajdujemy swój prawie cichy kącik, z którego możemy obserwować toczący się dookoła handel. Czas na kawę. To istna loteria, bowiem piłem tu już kawę o niebiańskim smaku i coś czego nie dało się przełknąć, ale co tam, kto nie ryzykuje ten nie ma. Po chwili sympatyczna Wietnamka przynosi nam do stolika dwie mrożone kawy z mlekiem do których podaje nam banany. Tym razem się udało. Wyborna! Zastanawiam się co jeszcze możemy zrobić by jakoś w pełni wykorzystać dany nam czas. Jesteśmy tu już trzeci dzień, udało nam się zwiedzić położony 50 kilometrów od Hoi An kompleks XI wiecznych świątyń My Son, przeszliśmy miasteczko wszerz i wzdłuż, byliśmy na plaży, zwiedziliśmy targ rybny i centralny targ położony nad rzeką, buszowaliśmy po sklepach i sklepikach w poszukiwaniu ciekawych pamiątek, wyjechaliśmy na wieś by przekonać się jak smakuje tamtejsze jedzenie, zwiedziliśmy japoński most, posiedzieliśmy w porcie, zrobiliśmy zdjęcia łódeczkom, dzieciakom, lampionom, kolonialnym budynkom. Nie bardzo wiemy co dalej? Może poświęcimy ten czas na przejrzenie zdjęć, może wybierzemy się za miasto. Czas pokaże. Póki co rozkoszujemy się kawą, do której wkroiliśmy sobie banany, Guga wypisuje pocztówki, dookoła łażą kury a dźwięk skuterowych klaksonów właściwie nie ustaje. Jest pięknie. Z całą pewnością nie będziemy siedzieć bezczynnie, bo to do nas kompletnie nie podobne. Jutro Nowy Rok. Według księżycowego kalendarza przypada rok kozy. Zgoliłem już wąsy i brodę, by w jakiś sposób zaznaczyć wyjątkowość tego czasu, oddaliśmy ciuchy do pralni, zakupiliśmy nowe buty ( to moja wielka słabość ), wymyłem włosy, choć i tak skutecznie chowam je pod chustką, zakupiliśmy kadzidła, więc w sumie jesteśmy przygotowani. Jutro zdobędziemy szampana i po raz kolejny będziemy świętować nadejście Nowego Roku. Guga jest Smokiem, ja jestem Małpą, a co przyniesie nam Koza ?
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Świetny blog!!!
OdpowiedzUsuńBardzo lubię czytać wasze wpisy ;)
Pozdrawiam i powodzenia w dalszym prowadzeniu bloga :)
Dziękujemy :) Miło nam :)
UsuńMoże tak od końca zacznę,ale odnośnie dedykacji w ksiażce skojarzyla mi się z książką Igrzyska śmierci,gdzie hasłem przewodnim bylo "i niech los zawsze wam sprzyja". Coś w tym jest,temu też życzę wam (na ten jakby nie patrzac Nowy rok) zebyscie zawsze mieli czas i siły do realizacji waszych pragnień.
OdpowiedzUsuńCo do reszty. Kuba jest dość daleko jak będziecie odwiedzać przyjaciół na Śląsku?;) no i taka prośba jeszcze-jakbym się zalapala na jakąś pocztówkę z waszej podrozy będzie mi niezmiernie milo;) no to happy New Year :)
poprosimy o adres. I karteczkę oczywiście wyślemy. :)
UsuńChyba pora na życzenia noworoczne?
OdpowiedzUsuńŻyczenia życzeniami a na szczęście trzeba sobie zapracować i ustawić szczęście pod siebie.
Będąc z wami widziałem ze będziecie szczęśliwi z sobą a gdzie wyladujecie to już nie loteria a wasze decyzje.
Kuba? Podoba mi się!!!! Chętnie polecę na miesiąc :)
Chciałbym zauważyć że nie tylko jak widać Marcinie czujesz rytm , nie tylko malujesz , nie tylko gotujesz ale i pisarzem jesteś bardzo dobrym ...
OdpowiedzUsuńTo następny fach w ręku który jest bardzo mobilny i nie wiąże Cię z żadnym miejscem .
Bujaj się chłopie w hamaku na Kubie i pisz książkę!!!!
Jacek, obiecuję, że jak tylko wylądujemy na Kubie, zacznę to robić :)
Usuń"bezrobotni, bezdomni, szczęśliwi" - prawdziwy smak wolności! :)
OdpowiedzUsuńDokładnie tak Aniu :) życie nabiera barw w takich chwilach :) Bo jak nie teraz to kiedy ???
Usuńtargi to najfajniesza rzecz w obcych krajacj.
OdpowiedzUsuńa na Kubę zaprasza serdecznie Was oboje - kawał ze mnie chłopa to się pomieścimy :)
bezdomni... boję się patrzeć w okna Madala - ale kiedyś trza będzie uzbroić się we flaszunię i z uśmiechem zapukać do drzwi aby poznać nowych lokatorów. zobaczymy jak ich zmieni to mieszkanie i aura która już wsiąkła w ściany.
aaa... jeszcze mi się przypomniało.
Usuńjak powiedziałem koledze co ma ksywę Koza jaki mu się rok kroi to strasznie się ucieszył że teraz będzie musiał dostawać codziennie prezenty :)
szkoda że nie ma roku progora :(