O wydawaniu w Tajlandii słów kilka....

Mija trzeci dzień
odkąd trafiliśmy na Ko Lantę. To 19 dzień naszej azjatyckiej wyprawy. 5 dzień bez Jacka. Do końca naszej podróży pozostało 60 dni.
Przed nami Wietnam, Kambodża, Malezja. Ile dni spędzimy w poszczególnych
krajach oraz w jakiej kolejności tego
przewidzieć nie możemy. Zdajemy się na los. Dotychczas prowadził nas dobrze.
Wydaliśmy już 1/3 naszych oszczędności. Czyli pieniądze rozchodzą się nam w
miarę kontrolowany sposób. Tajlandia jest najdroższa na naszej mapie przygód,
więc powinno nam wystarczyć do 4 kwietnia. Najwięcej wydajemy na przejazdy z
miasta do miasta, lub z wyspy na wyspę. Stosujemy technikę własnego wynajdywania
przewoźnika, bo robiąc to za pośrednictwem tutejszych biur podróży, doskonale
wiemy, że przepłacilibyśmy sowicie. Stołujemy się stosunkowo tanio. Średnio
dziennie na naszą dwójkę wydajemy od 400 do 500 bahtów co daje jakieś 25 zł na
osobę. Oczywiście moglibyśmy tyle wydać na jeden posiłek od osoby, ale raczej
unikamy drogich restauracji, nie stołujemy się w resortach i spa, wynajdujemy
tanie lecz smaczne lokalne knajpeczki, albo jakąś mistrzynię ulicznej kuchni,
która podjeżdżając na swoim skuterku z całym zestawem garów, serwuje swojską,
tajską kuchnię w cenach iście backpackerskich.
Mając wynajęty skuter, po owoce czy wodę podjeżdżamy do lokalnych
hurtowników, nie kupujemy na najdroższych, najsławniejszych, najbardziej
turystycznych ulicach kilku kawałków owocu
zapakowanego starannie w foliowy woreczek, wolimy ten sam owoc nabyć za
połowę tej ceny prosto ze straganu. I tak zamiast wydać 40 , 50 czy nawet 60
bahtów za kilka kawałków ananasa, my kupujemy całego w cenie od 15 do 30
bahtów. Cały starcza dla naszej dwójki na śniadanie. Jest wyjątkowo soczysty,
słodki, ma posmak kokosowy i to chyba nasz ulubiony owoc w Tajlandii.
Uwielbiamy także tutejsze mango, czy arbuza. Te owoce także kupujemy u
lokalnych rolników, z dala omijając uliczki, przypominające pod względem ilości
turystów ulicę floriańską czy grodzką w
Krakowie. Trzeba pamiętać, że najważniejsze tutaj przy takich upałach i
nasłonecznieniu to posiadanie wody. Oczywiście butelkowanej. Ale tu także
uwaga. Tę samą półtoralitrową wodę możemy w tej samej sieciówce, kupić od 14 do
50 bahtów. Wszystko zależy od umiejscowienia sklepu. I tu podobnie: floriańska
czy Jana? Dwie równoległe ulice, na
jednej milion turystów i woda za 50, na drugiej pusto i woda za 14. Ulice
oddalone są od siebie 50 metrów. Warto a
nawet powinno się targować, zwłaszcza na placach targowych. Połowa proponowanej
ceny, to dobry interes. Jeszcze lepiej jak wytargujemy cenę niższą niż połowa
ceny początkowej, ale to zdarza się już coraz rzadziej. Jak już pisaliśmy
Tajowie szybko się uczą a Tajlandia zmienia się z roku na rok, wraz z
napływającymi coraz liczniej turystami.
Na Ko Lancie odnaleźliśmy dwie siostry, a może matkę z córką, do których
powracamy każdego dnia na posiłek. Może i nie mają najtańszej kuchni, za to
gramatura i jakość potraw zadowoliłyby najbardziej wybrednych smakoszy tajskiej
kuchni. Są po prostu mistrzyniami świata. Niestety słabo mówią po angielsku,
jeszcze gorzej piszą i ciężko nam było nakłonić je, by napisały nam na kartce
adres. Mieliśmy dwa powody by go zdobyć. Pierwszy jest taki, że mamy pamiątkowe zdjęcie z nimi,
i chcieliśmy wraz z króciutkim listem przysłać je im z Polski, drugi natomiast
jest taki, że każdego wybierającego się na Ko Lantę podróżnika nakłanialibyśmy
do pójścia tam. Niebo w gębie. Może jutro podczas śniadania uda nam się jakoś
ten adres zdobyć, w każdym razie będziemy się starać.
cenne wskazówki
OdpowiedzUsuńAdres zdobyty??
OdpowiedzUsuńTak ! Podajemy go w jednym z naszych postów :)
Usuń