16 lutego 2015, Hoi An, godz.22.00 czasu lokalnego.
Słońce
skryło się za horyzontem cztery godziny temu, pogrążając niezwykle urokliwy,
dawny portugalski port w ciemnościach. Na wodzie mienią się odbicia tysięcy
lampionów wiszących wzdłuż kanału tworząc barwną
mozaikę. Igrające ogniki zapalone w puszczanych po wodzie papierowych
łódeczkach mają przynieść szczęście w nadchodzącym nowym roku, nam przynoszą
radość obserwowania ich miękkiego i delikatnego tańca na gładkiej tafli wody.
Przechadzamy się wzdłuż kanału podziwiając ten niezwykły spektakl kolorów i
świateł. Napawamy się tym widokiem. Jest
pięknie, cicho, bajkowo.
Przyjechaliśmy do Hoi An przed południem, z oddalonego o trzydzieści kilometrów
miasta Da Nang. Bilety na podmiejski autobus kosztowały nas 30 tysięcy dongów od osoby, co daje jakieś 5 zł. Po niespełna
godzinie byliśmy na miejscu. Hoi An to niewielkie portowe miasteczko położone w
ujściu rzeki Thu Bồn . W XVI w. Hội An (Hội An
Phố – „miasto bezpiecznego lądowania”) stało się
jednym z najważniejszych portów na morzu
Południowochińskim. Osiedlali się tu przedstawiciele kupców chińskich,
japońskich, a później również europejskich. Pozostał po nich unikatowy układ
miasta z tamtych czasów oraz domy i świątynie. Do najcenniejszych zabytków
należy tzw. Most Japoński, zbudowany przez przybyszy z Japonii, jedyny na
świecie kryty most ze świątynią buddyjską. W latach 90 XX w. władze miasta
postanowiły pozbyć się starych, zagrzybionych budynków w centrum i w ich
miejsce wybudować bloki mieszkalne. Projektowi sprzeciwił się Kazimierz
Kwiatkowski kierujący pracami konserwatorskimi w pobliskim Mỹ Sơn. Za namową Kwiatkowskiego centrum
odrestaurowano i przystosowano do ruchu turystycznego. Obecnie Hội An jest jednym z najczęściej odwiedzanych
miejsc w Indochinach. Według przewodnika Lonely Planet jest to
jednocześnie jedno z najbardziej urokliwych i przyjaznych turystom miejsc w
regionie.
Już jutro wyjeżdżamy do położonego na południe od Hoi An miasta Nha Trang,
pokonując ponad 500 kilometrów, ale nim spędzimy jedenaście godzin w autobusie, chcemy nacieszyć oko widokami
wąskich, krętych, oświetlonych lampionami uliczek, malowniczego portu i
wspaniałej plaży. Wietnam jest zaskakujący i udowadnia to na każdym kroku.
Niespodzianka dnia: banany w cieście.
Ulubiony obecnie łakoć Gugi. 10 tysiecy Dongów. Rodzaj placuszka smażonego na
oleju palmowym, z bananowym nadzieniem w środku. Bardzo słodkie i bardzo dobre.
Sam nie przepadam za słodyczami, ale to rzeczywiście wspaniały przekąska :)
Największe zaskoczenie dnia: 90 tysięcy dongów za dwie
olbrzymie kiści bananów i przepyszną zupę ( rodzaj rosołu z makaronem, mięsem,
sokiem z limonki, chili, kolendrą, kiełkami soi, bambusem i przepiórczym jajkiem na twardo ) REWELACJA -
( 20 tysięcy dongów; wieś oddalona od
centrum Hoi An 10 min. drogi skuterem ) Jest to o tyle
ciekawe, że za samą kiść bananów wszędzie indziej życzą sobie 100 tysięcy
dongów, więc łatwo policzyć, ile zapłacilibyśmy
"normalnie" za dwie kiście bananów i zupę. I w tym tkwi sekret
backpackerskich podróżników. Wystarczy oddalić się od centrum miasta kilka
kilometrów, czasem kilka ulic, by to samo dostać za połowę ceny albo i mniej.
My tak robimy i tą metodę polecamy.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz