piątek, 20 lutego 2015

Gburowaty gość dał nam mocno w kość.

Bezduszne spojrzenie jego oczu, nie wróżyło nic dobrego. Impertynencki ton, gburowata postać i niezrozumiała dla nas angielszczyzna stwarzały przepaść nie do przeskoczenia. Im głośniej krzyczał opryskliwy pracownik agencji turystycznej Camel Travel tym coraz większa złość malowała się na twarzy Eweliny. Zaciekle walcząc o nasze prawa, sprawiała wrażenie lwicy, gotowej rzucić się typowi do gardła. Już dwa dni wcześniej byliśmy pewni, że będziemy mieli ponowne problemy z tą agencją, ale żadne z nas nie przypuszczało, że sytuacja przybierze taki obrót.  18 lutego, środowe przedpołudnie,  opuszczamy nasz hotel, oddajemy klucz i z plecakami udajemy się na podany na bilecie adres agencji turystycznej Camel Travel. Chcemy opuścić Hoi An,  i dotrzeć na obchody Nowego Roku do położonego pięćset kilometrów na południe miasta Nha Trang. Z uśmiechem na ustach przekraczamy próg, niepozornego, niedużego budynku, sprawiającego wrażenie garażu. Z ust około czterdziestoletniego Wietnamczyka pada oschłe stwierdzenie, że autobusy nie jeżdżą w przed dzień nowego Roku i że najwcześniej możemy wyjechać w piątek, 20 lutego. Co robić? Tył zwrot i szukamy kolejnego hotelu, w którym będziemy mogli spędzić dwie kolejne noce.  Perspektywa świętowania Nowego Roku w Hoi An nawet nas ucieszyła, ale jednocześnie  powoli to niewielkie miasteczko zaczynało nas już nudzić, więc piątkowy wyjazd był dla nas zbawienny. Nastał piątkowy poranek. Wymeldowaliśmy się z hotelu zarzuciliśmy  coraz większe i coraz cięższe od pamiątek plecaki na siebie i w drogę. Po 15 minutach znaleźliśmy się w biurze agencji. Chyba nas rozpoznali, bo nasz widok bynajmniej ich nie ucieszył. Wystarczyło powiedzieć, że dziś chcemy już na pewno opuścić to miasto, by rozpętać istny rock'n'roll. Bez ogródek typek od razu przeszedł w krzyk. Z potoku słów, wyłapaliśmy coś w rodzaju że trzeba dokonać wcześniejszej rezerwacji, że trzeba przyjść osobiście i potwierdzić chęć wyjazdu, że dziś nie ma miejsc w autobusie, że wszystkie miejsca są już wyprzedane, i że w ogóle to  spierdalajcie i nie zawracajcie mi mojej mocno zajętej dupy. Myślę sobie o kurwa, co on pierdoli, i nie wiedzieć czemu od razu przypomniał mi się wykład profesora Miodka o kurwie. Odpłynąłem myślami na chwilę, a tymczasem Ewelina z całych sił próbowała wytłumaczyć nieprzychylnemu wietnamcowi, że próbowaliśmy zarezerwować miejsce w autobusie w środę, i że ten sam typ, kazał nam przyjść w przed dzień wyjazdu, by dokonać rezerwacji, że byliśmy tu wczoraj, ale było zamknięte itd.,itd…. Jak grochem o ścianę. Gość w tym czasie bezczelnie wyciągnął komórkę i w swoim ojczystym bełkotliwym języku uciął sobie pogawędkę, zapewne nie omieszkując  wtrącić jakich idiotów ma właśnie przed oczyma. Tego było za dużo i Ewelina ze łzami w oczach w poczuciu całkowitej bezradności wyszła z biura. Zaczekałem aż przyjemniaczek zakończy rozmowę i  najłagodniej jak potrafię, z przyklejonym uśmiechem na twarzy, próbowałem wytłumaczyć, że musimy koniecznie dziś dostać się do kolejnego miasta, że kończy nam się wiza, że samolot za kilka dni do Kambodży i po kilku minutach udało mi się wynegocjować … podłogę autobusu. A że autobus pokonuje 500 kilometrów po dziurawych, krętych drogach w jedenaście godzin, dla wietnamca nie miało to żadnego znaczenia. Witaj przygodo !!! Na pocieszenie kupiliśmy sobie najdroższe i najpiękniejsze pamiątki na jakie natknęliśmy się w Wietnamie. Ręcznie wykonywane,  szyte przez etniczne górskie plemiona torby z naturalnych włókien  z pięknymi aplikacjami.





 
Tego biura NIE POLECAMY !!! Kolejny raz mieliśmy z nimi problemy, kolejny raz narazili nas na straty lub niewygody. 


Tak wygląda trwający od wieków sposób produkcji naturalnych ciuchów. 

Dodaj napis







1 komentarz: