piątek, 27 lutego 2015

Powrót do dzieciństwa.



21 lutego 2015, sobotni wieczór, Nha Trang.

To była szybka akcja. Jednodniowy, błyskawicznie przeprowadzony skomasowany atak na największe atrakcje Nha Trang. Dzień wypełniony po brzegi, intensywny, upalny, pełen wrażeń, a co najważniejsze układający się po naszej myśli i wesoły. I smaczny. I taki, że na długo pozostanie w naszej pamięci. A wszystko zaczęło się o 6 rano, gdy wysiedliśmy z autobusu, w którym spędziliśmy noc leżąc na …podłodze. Ale o tym kiedy indziej, bo dziś tylko na wesoło :) Nauczeni doświadczeniem od razu zgłosiliśmy w biurze Camela chęć rezerwacji sypialnianego autobusu do Sajgonu. I tu pierwsza niespodzianka, czego zresztą mogliśmy się domyśleć. Nie ma wolnych miejsc w kursie niedzielnym, na który mieliśmy chrapkę.
-Najwcześniej możecie wyruszyć w środę.
-Ale to za cztery dni - mówimy, a my chcemy wyruszyć w dalszą podróż już jutro!

Pani pogrzebała w stosie papierów na biurku i z szelmowskim uśmiechem oznajmiła, że są jeszcze dwa wolne miejsca w kursie dzisiejszym o 20.00. Bez wahania zabukowaliśmy dwa miejsca na wieczorny kurs, zostawiliśmy plecaki w Camelu i w drogę. Przystanek pierwszy: plaża! Rewelacyjny mięciutki biały piasek, słońce, Ocean Spokojny i gigantyczne fale, a pośród nich … ja. Guga została na plaży delektując  się słońcem. Szalenie słona ale ciepła woda i te ogromne fale próbujące mnie powalić. Wspaniałe doświadczenie. Przystanek drugi: Śniadanie. Obawialiśmy się, że o ósmej rano nie znajdziemy żadnych ulicznych pyszności, ale zaserwowany nam przy jakimś skrzyżowaniu smażony ryż z grillowaną  wieprzowiną, sadzonym jajkiem,  licznymi sosami, limonką i zielonym chili rozwiał wszelkie nasze wątpliwości. Kolejny punkt dla Wietnamu i dzisiejszego dnia. Przystanek trzeci: najdłuższa gondolowa kolejka świata, licząca ponad trzy kilometry, biegnąca 50 metrów nad Oceanem Spokojnym. Chcemy tam dotrzeć pieszo, idąc wzdłuż majestatycznej plaży. Nieśpiesznym krokiem docieramy do uroczo wyglądającej kawiarenki, położonej w cieniu rozłożystego drzewa, w której zamawiamy mrożone kawy. Na liście plusów dzisiejszego dnia dopisujemy i tę pozycję. Do kasy biletowej kolejki docieramy na jedenastą. Cena biletów 550 tysięcy dongów. Kosmos. Ale decydujemy się zakupić bilet. Nie wiemy jeszcze, że w cenę wliczone jest wesołe miasteczko, kolejka górska, rollercoster, podwodny świat z pokazem tańca syren,  park wodny,  samochodziki, masę różnych karuzel, laguna delfinów i wiele innych atrakcji, które przyjdzie nam przeżywać. A więc kolejna miła niespodzianka od Nha Trang.  Na wyspie Vinpearl,  do której zawiozła nas gondola spędziliśmy pięć godzin. Kolejki do poszczególnych atrakcji powalały na kolana, szkoda było nam czasu by stać w niektórych, więc po szalonej jeździe na górskiej kolejce, wygłupach na torze  samochodzików ( które w tym przypadku były zwierzątkami ), zaliczeniu salonu gier, podwodnego świata, w którym podziwialiśmy masę  pięknych morskich stworzeń i raf koralowych, udaliśmy się do parku wodnego. Wyznam szczerze, że takiej zabawy i szaleństw, tylu emocji, śmiechu i  strachu nie mieliśmy z Gugą od bardzo dawna. Ilość ślizgawek, z których zjeżdżaliśmy z przerażającą prędkością na dwuosobowych dmuchanych pontonikach jest nie do opisania.  Jedne otwarte, inne kryte, jedne z niewielką ilością zakrętów, inne znów szalenie pokręcone. Strome i  łagodne, leniwe i ultra szybkie i gdy wydawało się, że szybciej i mocniej  już nie można, trafialiśmy na taką, przy której wrzask wydobywający się z naszych gardeł musiał być słyszalny na całym obiekcie.   Niestety nie mogliśmy zostać do końca regulaminowego czasu, czyli do 21.00. O 19.00 odjeżdżał nasz autobus do Sajgonu. Zbliżała się 17.00, czas by w mokrych kąpielówkach wyruszyć w powrotną drogę do centrum miasta. Opuszczaliśmy Nha Trang z uczuciem niedosytu. Wspaniałe, wielkie  fale Oceanu Spokojnego szumiały nam w głowach jeszcze długie godziny, podczas gdy nasz autobus mknął przez noc w nieznane… 

1 komentarz: