Opuszczamy Tajlandię. Słów kilka na podsumowanie .

4 lutego 2015, Ko
Lanta, wyspa południowej Tajlandii.
Środowy wieczór. I kolejne odkrycie. Kulinarne. Po zjedzonej kolacji u naszych
ulubionych wyspiarskich kucharek, jedna z Pań położyła mi na dłoni małego,
białego kraba i coś, co także było owocem morza, niemniej nie był to krab i dowiedzieliśmy się, że z
tego przyrządzona była nasza kolacja. Te dwa żyjące wciąż żyjątka niebawem
trafią na patelnie będąc przysmakiem kolejnych smakoszy tajskiej kuchni, tymczasem
spokojnie siedzą sobie na mojej dłoni delikatnie wierzgając nóżkami i swoimi
niewielkimi szczypcami. Guga, nie odważyła się ich wziąć na rękę ale zrobiła im
zdjęcie, więc mamy swoistą pamiątkę tej ostatniej kolacji na Ko Lancie. Jutro
już wyruszamy w stronę Wietnamu.
Dzisiejsze red curry i smażony ryż z krewetkami, krabami i czymś czego nie
potrafiliśmy zidentyfikować był jedną z najwspanialszych potraw jakie w życiu
jedliśmy. Pamiętając o naszej obietnicy danej Wam w poprzednim poście
postaraliśmy się o adres tego miejsca. A zatem uwaga: wszystkich podróżujących
na wyspę Ko Lanta zachęcamy i z czystym sumieniem polecamy by restaurować się w:
PUNYUT TAREMCHEEP 321 M.2 T.SALADANA.
KHOLANTA
KRABI
811 50
Obiecaliśmy wysłać
Paniom zrobione podczas pierwszej kolacji zdjęcie, dorzucimy pocztówkę z
Krakowa, przetłumaczymy na tajski krótki list z podziękowaniami za pyszną
gościnę i będziemy trzymać kciuki by tę przesyłkę dostarczono kiedykolwiek
naszym mistrzyniom tajskiej kuchni. A skoro mowa o kuchni to może czas na
krótkie posumowanie tajskiego jedzenia, skoro lada dzień będziemy jeść psy i
węże? Ulubione danie Gugi: Massaman Curry, i w ogóle curry, czy to zielone czy
czerwone, z krewetkami czy z kurczakiem, może zajadać kilogramami. Ulubiony
drink Gugi: daiquiri. Najlepiej z mango. Przekąski: chipsy o smaku sushi. Po
własnych kulinarnych odkryciach dochodzę do wniosku, że moja miłość do
azjatyckiej kuchni nie była bezpodstawna. Od lat jedną z moich ulubionych zup,
będącą jednocześnie moją wizytówką jest
tajska zupa z kurczaka na mleku kokosowym, ze smażonym chili, galangalem, trawą
cytrynową i limonką. Serwuję ją sobie, Ewelinie, znajomym i wiem, że w Krakowie
cieszy się uznaniem i z radością odkryłem, że smak tutejszej w niczym nie
odbiega od mojego przepisu, ba, raz nawet usłyszałem od narzeczonej, że moja
zupa smakuje lepiej. Wiele dobrych książek napisanych piórem znawców kuchni,
podkreśla, że tajska kuchnia jest jedną z najlepszych na świecie. Mnogość
przypraw, świeżość składników, olbrzymi dostęp do wielkiej palety owoców morza,
różnorodność odmian, kolorów, zapachów, wszystko to sprawia, że Tajowie jedzą
zdrowo, różnorodnie, kolorowo i smacznie. Trzeba jednak pamiętać, że kuchnia
kuchni nie równa. Te same zamówienia różnią się od siebie nie tylko ceną, ale i
smakiem, konsystencją, sposobem podania, gramaturą. Nie należy rzucać się na
wszystko co oferują tanie i przyciągające różnorodnością uliczne straganiki.
Ceny są może i backpackerskie ale można
przypłacić niechcianą wizytą w toalecie, lub co gorsza w okolicznych krzakach.
Czasem warto dorzucić dziesięć czy piętnaście bahtów i zjeść ze smakiem. W
przeliczeniu na polskie zarobki, różnica dla portfela będzie znikoma, ale dla
podniebienia olbrzymia. Jeśli szukacie oszczędności w swojej podróży, warto
zejść z oficjalnych, turystycznych szlaków i zjeść coś w bocznej uliczce. Nawet
jeśli nie zdołacie się dogadać, pokażcie palcem na to co akurat je przy stoliku
miejscowy, będziecie mieli pewność, że będzie to smaczne, pożywne a stan
waszych finansów absolutnie nie ucierpi. Generalnie polecam wchodzić do miejsc,
gdzie widzicie samych Tajów. Bez obaw, nic Wam się nie stanie, a możecie
przeżyć wspaniałą kulinarną przygodę. My tak właśnie robimy, i poza pierwszymi
dniami w Bangkoku i pierwszymi rozczarowaniami uliczną tanią kuchnią,
zdecydowana większość posiłków stanowiła dla naszych podniebień istną orgię
smaków i zapachów. Jesteśmy natomiast rozczarowani ilością dostępnych tutaj
owoców. Spodziewaliśmy się feerii barw, kształtów, smaków, owoców których nie
widzieliśmy nigdy w życiu, a okazuje się, że zwykłe pójście do polskiego
hipermarketu zaowocuje różnorodnymi owocami właśnie ! Tu prym wiedzie ananas,
kokos, mango i arbuz. Jest jedna odmiana jabłek. Kilka odmian bananów, ( nota
bene przepysznych i zupełnie innych niż te dostępne w Polsce ) mandarynki, ze dwa, lub trzy egzotyczne owoce, których
nazw nie poznaliśmy i tyle… Sami przyznacie, że to niewiele. Nigdzie nie
zlokalizowaliśmy gruszek, grejpfrutów, melonów, truskawek, porzeczek, agrestu,
malin, jeżyn, oberżyny, kiwi, winogron, pomarańczy, pamelo, poziomek, mirabelek,
brzoskwiń, śliwek, granatów, nektarynek, i całej masy innych owoców dostępnych
w Polsce. Pewnie jest to kwestią tutejszej pory roku, ale mimo wszystko
spodziewaliśmy się większej różnorodności. Za to numerem jeden jest dla nas
ananas. Soczysty, słodki, z nutą wanilii i kokosu, niezwykle orzeźwiający,
pożywny i idealny na śniadanie. Cały kosztuje od 15 do 30 bahtów, co na tak
ultra smaczne i zdrowe śniadanie, przyznacie, nie jest dużym wydatkiem.
Tajlandia to olbrzymi kraj, zajęło nam prawie trzydzieści godzin przejechanie z
północy na południe, niemniej oboje z Eweliną stwierdzamy, że wyspiarska część
tego kraju, jest nie tylko ciekawsza w odbiorze, cieplejsza, ale też
smaczniejsza. Bangkok nas rozczarował. Zarówno cenami jak i jakością podania posiłków.
Ayutthaya, była znacznie smaczniejsza niż Bangkok, Chiang Mai był magiczny, i
smaczniejszy niż Ayutthaya, ale na kulinarny orgazm musieliśmy zaczekać aż do
wysp. Z wszystkich jakie zwiedziliśmy
najbardziej smakowała nam Ko Lanta. A jaka jest
Tajlandia w ogóle? Na to pytanie nie da się odpowiedzieć. Jej trzeba samemu
zasmakować, spróbować zrozumieć, pobyć z tubylcami, i nie dzień lub dwa, nawet
miesiąc to stanowczo za mało, by poczuć choćby namiastkę tutejszej kultury.
Wyjeżdżamy z poczuciem spełnienia i niedosytu zarazem. Chciało by się jej
nauczyć, pobyć tu dłużej, by zrozumieć pewne zależności, zaprzyjaźnić z kimś,
ale jednocześnie Tajlandia pokazała swój pazur, swoją mroczną stronę, swój brud
spod dywanu. Bo to chyba tak tu już jest. Wspaniałe, ciepłe, wielkie i dające
radość i życie słońce, kontrastuje z szybko nadchodzącą nocą, w której mrok
jest mroczniejszy, a ludzie nie zawsze już tak uprzejmi i życzliwi. Byliśmy świadkami bicia psa, co w
Tajlandii karane jest rokiem pozbawienia wolności i pięcioma tysiącami
bahtów grzywny. Prawie nas aresztowano
za obrazę królewskiego majestatu. Widzieliśmy obrazy slumsów i żyjących w
ubóstwie ludzi, tuż pod pozłacanym i sięgającym chmur pięciogwiazdkowym
hotelem. Mijaliśmy skuterem ludzi jadących na osiołku, czy starym
rozklekotanym, powiązanym drutem i zaprzeczającym prawom fizyki motorku, a nas
mijały nowiuteńkie, wypasione pickupy z
Tajami za kierownicą. Widzieliśmy ludzi myjących się na ulicy, jedzących z
ulicy, śpiących na ulicy, żyjących na tej samej ulicy, na której za wielkim
murem rozciągają się równiuteńko przystrzyżone, zieloniutkie trawniki resortów i spa, z zabiegami za
tysiące dolarów. Jedliśmy coś co smakowało i pachniało jak rzygi, ale mieliśmy
także w ustach posiłki, których wyśmienitego smaku nie da się opisać. Robiliśmy fotografie pięknych świątyń i
okalających je wysypisk śmieci. Napawaliśmy wzrok wspaniałymi plażami i odwracaliśmy wzrok na widok gnijących głów
jakichś zwierząt, porzuconych w lokalnych bramach. Nasze powonienie nęciły zapachy świątynnych kadzideł, ale o mdłości
przyprawiały jednocześnie zapachy niektórych straganów, oferujących
"przysmaki" w postaci grillowanych głów kaczki, czy różnorodnego
robactwa, co jak się nawiasem mówiąc dowiedzieliśmy, jest tylko zachętą, dla
naiwnych turystów z zachodu, którzy w Tajlandii szukają ekstremalnych doznań.
Poza Bangkokiem nie spotkaliśmy nigdzie indziej smażonych, prażonych czy
grillowanych świerszczy, pędraków,
mrówek w miodzie, szarańczy, larw czy skorpionów. Te wcale nie tanie
"przysmaki tajskie" są rewelacyjnym sposobem zarobkowania na naiwnych
turystach, którzy głodni sensacji zakupią torebkę robactwa nim pójdą na pokaz
ping pong show. Tajlandia jest jednym
wielkim mikserem doznań, wzruszeń, świętości i taniej pornografii, smaków
boskich i podłego żarcia, olbrzymią paletą barw a zarazem krajem kurzu, slumsów
i szarości. Można się nią zachwycić i równocześnie można ją znienawidzić. My
wyjeżdżamy z Tajlandii z kiełkującą miłością do tej części świata. Otrzymaliśmy
od Tajlandii to co sami jej daliśmy: uśmiech, zaufanie i pokorę. Oby Wietnam
przyniósł podobne doznania.
ja nie wiem ile godzin trwa u Was doba ?!?
OdpowiedzUsuńja nie nadążam z czytaniem Waszych opisów a Wy macie czas na śmiganie, zwiedzanie, przygody, jedzenia, tańczenie i jeszcze znajdujecie czas na opisywanie, zdjęcie i pewnie nawet czasem coś śpicie?
szok !
wracam do czytania bo ja jeszcze jestem na cudownej wyspie a Wy już wyjechaliście z Tajlandii?
jesteście w przyszłości i macie 47godzin na dobę. ale Wam fajnie !
spróbuję dogonić.
p.s. smsy dochodzą?
śpimy tak mało, jak to tylko możliwe, by maksymalnie wykorzystać dany nam tu czas :) Smsy dochodzą :) ! Pozdrawiamy gorąco z lotniska w Krabi :)
UsuńDaliście Tajlandii "pokorę"??? Haha... że uśmiech, że zaufanie (nadmierne momentami) to rozumiem.. Ale pokore? Z tym to Cię juz troche poniosło mój drogi przyjacielu:-) :*
OdpowiedzUsuńprzed wieloma rzeczami tutaj Dorotko należy spokornieć... jak choćby przed dwustuletnimi drzewami o pniach szerokich na 20 metrów czy laguną, po której dojść trzeba spinając się po pionowej ścianie .... Matka Natura, przed nią pokornieje.
Usuń:)
OdpowiedzUsuń