czwartek, 5 lutego 2015

Opuszczamy Tajlandię. Słów kilka na podsumowanie .





4 lutego 2015, Ko Lanta, wyspa południowej Tajlandii. 

Środowy wieczór. I kolejne odkrycie. Kulinarne. Po zjedzonej kolacji u naszych ulubionych wyspiarskich kucharek, jedna z Pań położyła mi na dłoni małego, białego kraba i coś, co także było owocem morza, niemniej  nie był to krab i dowiedzieliśmy się, że z tego przyrządzona była nasza kolacja. Te dwa żyjące wciąż żyjątka niebawem trafią na patelnie będąc przysmakiem kolejnych smakoszy tajskiej kuchni, tymczasem spokojnie siedzą sobie na mojej dłoni delikatnie wierzgając nóżkami i swoimi niewielkimi szczypcami. Guga, nie odważyła się ich wziąć na rękę ale zrobiła im zdjęcie, więc mamy swoistą pamiątkę tej ostatniej kolacji na Ko Lancie. Jutro już wyruszamy w stronę  Wietnamu. Dzisiejsze red curry i smażony ryż z krewetkami, krabami i czymś czego nie potrafiliśmy zidentyfikować był jedną z najwspanialszych potraw jakie w życiu jedliśmy. Pamiętając o naszej obietnicy danej Wam w poprzednim poście postaraliśmy się o adres tego miejsca. A zatem uwaga: wszystkich podróżujących na wyspę Ko Lanta zachęcamy i z czystym sumieniem polecamy by restaurować  się w: 
PUNYUT TAREMCHEEP 321 M.2   T.SALADANA.
KHOLANTA
KRABI
811 50

Obiecaliśmy wysłać Paniom zrobione podczas pierwszej kolacji zdjęcie, dorzucimy pocztówkę z Krakowa, przetłumaczymy na tajski krótki list z podziękowaniami za pyszną gościnę i będziemy trzymać kciuki by tę przesyłkę dostarczono kiedykolwiek naszym mistrzyniom tajskiej kuchni. A skoro mowa o kuchni to może czas na krótkie posumowanie tajskiego jedzenia, skoro lada dzień będziemy jeść psy i węże? Ulubione danie Gugi: Massaman Curry, i w ogóle curry, czy to zielone czy czerwone, z krewetkami czy z kurczakiem, może zajadać kilogramami. Ulubiony drink Gugi: daiquiri. Najlepiej z mango. Przekąski: chipsy o smaku sushi. Po własnych kulinarnych odkryciach dochodzę do wniosku, że moja miłość do azjatyckiej kuchni nie była bezpodstawna. Od lat jedną z moich ulubionych zup, będącą jednocześnie moją wizytówką  jest tajska zupa z kurczaka na mleku kokosowym, ze smażonym chili, galangalem, trawą cytrynową i limonką. Serwuję ją sobie, Ewelinie, znajomym i wiem, że w Krakowie cieszy się uznaniem i z radością odkryłem, że smak tutejszej w niczym nie odbiega od mojego przepisu, ba, raz nawet usłyszałem od narzeczonej, że moja zupa smakuje lepiej. Wiele dobrych książek napisanych piórem znawców kuchni, podkreśla, że tajska kuchnia jest jedną z najlepszych na świecie. Mnogość przypraw, świeżość składników, olbrzymi dostęp do wielkiej palety owoców morza, różnorodność odmian, kolorów, zapachów, wszystko to sprawia, że Tajowie jedzą zdrowo, różnorodnie, kolorowo i smacznie. Trzeba jednak pamiętać, że kuchnia kuchni nie równa. Te same zamówienia różnią się od siebie nie tylko ceną, ale i smakiem, konsystencją, sposobem podania, gramaturą. Nie należy rzucać się na wszystko co oferują tanie i przyciągające różnorodnością uliczne straganiki. Ceny są może i backpackerskie  ale można przypłacić niechcianą wizytą w toalecie, lub co gorsza w okolicznych krzakach. Czasem warto dorzucić dziesięć czy piętnaście bahtów i zjeść ze smakiem. W przeliczeniu na polskie zarobki, różnica dla portfela będzie znikoma, ale dla podniebienia olbrzymia. Jeśli szukacie oszczędności w swojej podróży, warto zejść z oficjalnych, turystycznych szlaków i zjeść coś w bocznej uliczce. Nawet jeśli nie zdołacie się dogadać, pokażcie palcem na to co akurat je przy stoliku miejscowy, będziecie mieli pewność, że będzie to smaczne, pożywne a stan waszych finansów absolutnie nie ucierpi. Generalnie polecam wchodzić do miejsc, gdzie widzicie samych Tajów. Bez obaw, nic Wam się nie stanie, a możecie przeżyć wspaniałą kulinarną przygodę. My tak właśnie robimy, i poza pierwszymi dniami w Bangkoku i pierwszymi rozczarowaniami uliczną tanią kuchnią, zdecydowana większość posiłków stanowiła dla naszych podniebień istną orgię smaków i zapachów. Jesteśmy natomiast rozczarowani ilością dostępnych tutaj owoców. Spodziewaliśmy się feerii barw, kształtów, smaków, owoców których nie widzieliśmy nigdy w życiu, a okazuje się, że zwykłe pójście do polskiego hipermarketu zaowocuje różnorodnymi owocami właśnie ! Tu prym wiedzie ananas, kokos, mango i arbuz. Jest jedna odmiana jabłek. Kilka odmian bananów, ( nota bene przepysznych i zupełnie innych niż te dostępne w Polsce ) mandarynki,  ze dwa, lub trzy egzotyczne owoce, których nazw nie poznaliśmy i tyle… Sami przyznacie, że to niewiele. Nigdzie nie zlokalizowaliśmy gruszek, grejpfrutów, melonów, truskawek, porzeczek, agrestu, malin, jeżyn, oberżyny, kiwi, winogron, pomarańczy, pamelo, poziomek, mirabelek, brzoskwiń, śliwek, granatów, nektarynek, i całej masy innych owoców dostępnych w Polsce. Pewnie jest to kwestią tutejszej pory roku, ale mimo wszystko spodziewaliśmy się większej różnorodności. Za to numerem jeden jest dla nas ananas. Soczysty, słodki, z nutą wanilii i kokosu, niezwykle orzeźwiający, pożywny i idealny na śniadanie. Cały kosztuje od 15 do 30 bahtów, co na tak ultra smaczne i zdrowe śniadanie, przyznacie, nie jest dużym wydatkiem. Tajlandia to olbrzymi kraj, zajęło nam prawie trzydzieści godzin przejechanie z północy na południe, niemniej oboje z Eweliną stwierdzamy, że wyspiarska część tego kraju, jest nie tylko ciekawsza w odbiorze, cieplejsza, ale też smaczniejsza. Bangkok nas rozczarował. Zarówno cenami jak i jakością podania posiłków. Ayutthaya, była znacznie smaczniejsza niż Bangkok, Chiang Mai był magiczny, i smaczniejszy niż Ayutthaya, ale na kulinarny orgazm musieliśmy zaczekać aż do wysp. Z wszystkich jakie zwiedziliśmy  najbardziej smakowała nam Ko Lanta.  A jaka jest Tajlandia w ogóle? Na to pytanie nie da się odpowiedzieć. Jej trzeba samemu zasmakować, spróbować zrozumieć, pobyć z tubylcami, i nie dzień lub dwa, nawet miesiąc to stanowczo za mało, by poczuć choćby namiastkę tutejszej kultury. Wyjeżdżamy z poczuciem spełnienia i niedosytu zarazem. Chciało by się jej nauczyć, pobyć tu dłużej, by zrozumieć pewne zależności, zaprzyjaźnić z kimś, ale jednocześnie Tajlandia pokazała swój pazur, swoją mroczną stronę, swój brud spod dywanu. Bo to chyba tak tu już jest. Wspaniałe, ciepłe, wielkie i dające radość i życie słońce, kontrastuje z szybko nadchodzącą nocą, w której mrok jest mroczniejszy, a ludzie nie zawsze już tak uprzejmi  i życzliwi. Byliśmy świadkami bicia psa, co w Tajlandii karane jest rokiem pozbawienia wolności i pięcioma tysiącami bahtów  grzywny. Prawie nas aresztowano za obrazę królewskiego majestatu. Widzieliśmy obrazy slumsów i żyjących w ubóstwie ludzi, tuż pod pozłacanym i sięgającym chmur pięciogwiazdkowym hotelem. Mijaliśmy skuterem ludzi jadących na osiołku, czy starym rozklekotanym, powiązanym drutem i zaprzeczającym prawom fizyki motorku, a nas mijały nowiuteńkie, wypasione  pickupy z Tajami za kierownicą. Widzieliśmy ludzi myjących się na ulicy, jedzących z ulicy, śpiących na ulicy, żyjących na tej samej ulicy, na której za wielkim murem rozciągają się równiuteńko przystrzyżone, zieloniutkie  trawniki resortów i spa, z zabiegami za tysiące dolarów. Jedliśmy coś co smakowało i pachniało jak rzygi, ale mieliśmy także w ustach posiłki, których wyśmienitego smaku nie da się opisać.  Robiliśmy fotografie pięknych świątyń i okalających je wysypisk śmieci. Napawaliśmy wzrok wspaniałymi plażami  i odwracaliśmy wzrok na widok gnijących głów jakichś zwierząt, porzuconych w lokalnych bramach. Nasze powonienie nęciły  zapachy świątynnych kadzideł, ale o mdłości przyprawiały jednocześnie zapachy niektórych straganów, oferujących "przysmaki" w postaci grillowanych głów kaczki, czy różnorodnego robactwa, co jak się nawiasem mówiąc dowiedzieliśmy, jest tylko zachętą, dla naiwnych turystów z zachodu, którzy w Tajlandii szukają ekstremalnych doznań. Poza Bangkokiem nie spotkaliśmy nigdzie indziej smażonych, prażonych czy grillowanych świerszczy, pędraków,  mrówek w miodzie, szarańczy, larw czy skorpionów. Te wcale nie tanie "przysmaki tajskie" są rewelacyjnym sposobem zarobkowania na naiwnych turystach, którzy głodni sensacji zakupią torebkę robactwa nim pójdą na pokaz ping pong show.    Tajlandia jest jednym wielkim mikserem doznań, wzruszeń, świętości i taniej pornografii, smaków boskich i podłego żarcia, olbrzymią paletą barw a zarazem krajem kurzu, slumsów i szarości. Można się nią zachwycić i równocześnie można ją znienawidzić. My wyjeżdżamy z Tajlandii z kiełkującą miłością do tej części świata. Otrzymaliśmy od Tajlandii to co sami jej daliśmy: uśmiech, zaufanie i pokorę. Oby Wietnam przyniósł podobne doznania.  


5 komentarzy:

  1. ja nie wiem ile godzin trwa u Was doba ?!?
    ja nie nadążam z czytaniem Waszych opisów a Wy macie czas na śmiganie, zwiedzanie, przygody, jedzenia, tańczenie i jeszcze znajdujecie czas na opisywanie, zdjęcie i pewnie nawet czasem coś śpicie?

    szok !
    wracam do czytania bo ja jeszcze jestem na cudownej wyspie a Wy już wyjechaliście z Tajlandii?
    jesteście w przyszłości i macie 47godzin na dobę. ale Wam fajnie !
    spróbuję dogonić.
    p.s. smsy dochodzą?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. śpimy tak mało, jak to tylko możliwe, by maksymalnie wykorzystać dany nam tu czas :) Smsy dochodzą :) ! Pozdrawiamy gorąco z lotniska w Krabi :)

      Usuń
  2. Daliście Tajlandii "pokorę"??? Haha... że uśmiech, że zaufanie (nadmierne momentami) to rozumiem.. Ale pokore? Z tym to Cię juz troche poniosło mój drogi przyjacielu:-) :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. przed wieloma rzeczami tutaj Dorotko należy spokornieć... jak choćby przed dwustuletnimi drzewami o pniach szerokich na 20 metrów czy laguną, po której dojść trzeba spinając się po pionowej ścianie .... Matka Natura, przed nią pokornieje.

      Usuń