wtorek, 3 lutego 2015

O wydawaniu w Tajlandii słów kilka....

Mija trzeci dzień odkąd trafiliśmy na Ko Lantę. To 19 dzień naszej azjatyckiej wyprawy.  5 dzień bez Jacka.     Do końca naszej podróży pozostało 60 dni. Przed nami Wietnam, Kambodża, Malezja. Ile dni spędzimy w poszczególnych krajach  oraz w jakiej kolejności tego przewidzieć nie możemy. Zdajemy się na los. Dotychczas prowadził nas dobrze. Wydaliśmy już 1/3 naszych oszczędności. Czyli pieniądze rozchodzą się nam w miarę kontrolowany sposób. Tajlandia jest najdroższa na naszej mapie przygód, więc powinno nam wystarczyć do 4 kwietnia. Najwięcej wydajemy na przejazdy z miasta do miasta, lub z wyspy na wyspę. Stosujemy technikę własnego wynajdywania przewoźnika, bo robiąc to za pośrednictwem tutejszych biur podróży, doskonale wiemy, że przepłacilibyśmy sowicie. Stołujemy się stosunkowo tanio. Średnio dziennie na naszą dwójkę wydajemy od 400 do 500 bahtów co daje jakieś 25 zł na osobę. Oczywiście moglibyśmy tyle wydać na jeden posiłek od osoby, ale raczej unikamy drogich restauracji, nie stołujemy się w resortach i spa, wynajdujemy tanie lecz smaczne lokalne knajpeczki, albo jakąś mistrzynię ulicznej kuchni, która podjeżdżając na swoim skuterku z całym zestawem garów, serwuje swojską, tajską kuchnię w cenach iście backpackerskich.  Mając wynajęty skuter, po owoce czy wodę podjeżdżamy do lokalnych hurtowników, nie kupujemy na najdroższych, najsławniejszych, najbardziej turystycznych ulicach kilku kawałków owocu  zapakowanego starannie w foliowy woreczek, wolimy ten sam owoc nabyć za połowę tej ceny prosto ze straganu. I tak zamiast wydać 40 , 50 czy nawet 60 bahtów za kilka kawałków ananasa, my kupujemy całego w cenie od 15 do 30 bahtów. Cały starcza dla naszej dwójki na śniadanie. Jest wyjątkowo soczysty, słodki, ma posmak kokosowy i to chyba nasz ulubiony owoc w Tajlandii. Uwielbiamy także tutejsze mango, czy arbuza. Te owoce także kupujemy u lokalnych rolników, z dala omijając uliczki, przypominające pod względem ilości turystów ulicę  floriańską czy grodzką w Krakowie. Trzeba pamiętać, że najważniejsze tutaj przy takich upałach i nasłonecznieniu to posiadanie wody. Oczywiście butelkowanej. Ale tu także uwaga. Tę samą półtoralitrową wodę możemy w tej samej sieciówce, kupić od 14 do 50 bahtów. Wszystko zależy od umiejscowienia sklepu. I tu podobnie: floriańska czy Jana?  Dwie równoległe ulice, na jednej milion turystów i woda za 50, na drugiej pusto i woda za 14. Ulice oddalone są od siebie 50 metrów. Warto  a nawet powinno się targować, zwłaszcza na placach targowych. Połowa proponowanej ceny, to dobry interes. Jeszcze lepiej jak wytargujemy cenę niższą niż połowa ceny początkowej, ale to zdarza się już coraz rzadziej. Jak już pisaliśmy Tajowie szybko się uczą a Tajlandia zmienia się z roku na rok, wraz z napływającymi  coraz liczniej turystami. Na Ko Lancie odnaleźliśmy dwie siostry, a może matkę z córką, do których powracamy każdego dnia na posiłek. Może i nie mają najtańszej kuchni, za to gramatura i jakość potraw zadowoliłyby najbardziej wybrednych smakoszy tajskiej kuchni. Są po prostu mistrzyniami świata. Niestety słabo mówią po angielsku, jeszcze gorzej piszą i ciężko nam było nakłonić je, by napisały nam na kartce adres. Mieliśmy dwa powody by go zdobyć. Pierwszy  jest taki, że mamy pamiątkowe zdjęcie z nimi, i chcieliśmy wraz z króciutkim listem przysłać je im z Polski, drugi natomiast jest taki, że każdego wybierającego się na Ko Lantę podróżnika nakłanialibyśmy do pójścia tam. Niebo w gębie. Może jutro podczas śniadania uda nam się jakoś ten adres zdobyć, w każdym razie będziemy się starać. 

3 komentarze: