22 lutego 2015, niedziela, Vung Tau, "Miasto za milion"
Scenariusz jak sprzed doby. Znów nowe miasto. Znów szósta nad ranem. Znów po nocy spędzonej w autobusie. Wymęczeni zakładamy plecaki i w drogę. Ale dokąd? W oddali dostrzegamy szyld Mc Donalds, ruszamy więc tam, z nadzieją na tanią kawę i WiFi. Otwarte. Pakujemy się z plecakami do środka, zamawiamy kawę, otwieramy laptopy i urządzamy w kąciku naszą bazę wywiadowczą. Pootwierane przewodniki, mapy, strony z lokalnymi atrakcjami, wujek google, burza mózgów i po trzech godzinach jesteśmy przygotowani do podboju byłej stolicy Wietnamu. Nie bylibyśmy jednak sobą, gdybyśmy będąc u kresu ustaleń, nagle nie wpadli na jakiś spontaniczny pomysł. Jedziemy do Vung Tau!
Nieduże miasto w południowym Wietnamie, w prowincji Bà Rịa-Vũng Tàu, nad Morzem Południowochińskim. Dwie godziny drogi od Sajgonu. Ruszamy zatem. Sajgon z licznymi maleńkimi i urokliwymi kawiarniami, jako głównymi atrakcjami miasta może spokojnie zaczekać. No może żal odrobinę słynnych tuneli, znajdujących się 70 km na północny zachód od Sajgonu , które pierwotnie miały długość ponad 200 km, ale do dziś zachowało się tylko 120 km. Tunele zostały wybudowane przez Wietkong podczas wojny w Wietnamie. Znajdowały się tam szpitale, kuchnie, sypialnie, sale konferencyjne i arsenały. Ponoć ciekawa atrakcja dla turystów. Ale co tam, klamka zapadła, przemierzamy miasto w poszukiwaniu autobusu, który mógłby zawieźć nas do Vung Tau. Lokalnym, przepełnionym, starym, śmierdzącym i trzęsącym się rzęchem docieramy na miejsce około południa. Nasza strategia, polegająca na asertywnym odmawianiu pomocy ze strony zaraz pojawiających się " majfriendów" skutkuje i tym razem. Dzięki samodzielnemu docieraniu do hoteli, atrakcji, wysp, świątyń można naprawdę wiele zaoszczędzić. Oddalamy się od autobusu, wchodzimy do pierwszej napotkanej kawiarni z bezprzewodowym internetem, zamawiamy kawę i urządzamy krótką naradę. Po chwili mamy mapy, listę miejsc do zobaczenia, nawigację w telefonie, a w kieszeni kilkaset wietnamskich dongów więcej. I można również więcej zobaczyć docierając tych kilka kilometrów pieszo. I spotkać wspaniałych ludzi, bezinteresownych, ciekawych ciebie i twojej historii, ludzi, którzy poczęstują cię mrożoną herbatą, piwem albo lokalnymi smakołykami, co zwłaszcza dla Gugi, może stanowić nie lada wyzwanie. Tym razem Agoda ani żadne inne wyszukiwarki nie pomogły nam w znalezieniu taniego hostelu, więc nauczeni doświadczeniem ruszamy w miasto mając nadzieję, że w największy upał znajdziemy nocleg dość szybko. Godzina za godziną mijały, a my wciąż z plecakami na plecach, w przepoconych koszulkach pokonywaliśmy kolejny kilometr nie mogąc znaleźć niczego, co odpowiadałoby naszemu budżetowi. Założyliśmy, że nie będziemy płacić za nocleg więcej niż 5-8 dolarów za pokój. Zdarzały się wyjątki, niemniej 300 tysięcy dongów stanowiło naszą górną granicę. Tymczasem, po odwiedzeniu kolejnego hotelu niezależnie od klasy i ilości gwiazdek wszędzie słyszeliśmy to samo: pokój dla dwóch osób - milion! Wiemy, że naciągają białych turystów, że trzeba się targować, że bywają tak drogie hotele w Wietnamie, ale żeby milion? Godziny mijały, a my wciąż niczego nie znaleźliśmy. Strefa bardzo ekskluzywnych, pięciogwiazdkowych hoteli dla bogaczy, jak i zapyziałe, brudne uliczki robotniczej dzielnicy, nie miało znaczenia gdzie zajdziemy - wszędzie słyszeliśmy to samo. Nie mając pojęcia dlaczego to miasto jest tak drogie, powoli zaczynaliśmy tracić nadzieję, że w tym dniu znajdziemy cokolwiek. Zapadał zmierzch. Po zachodzie słońca, bardzo szybko robi się ciemno. W niedługim czasie z ulic znikają stragany, ludzie chowają się do swoich domostw, jest coraz ciężej z kimkolwiek porozmawiać, mało kto posługuję się tutaj innym językiem niż wietnamski, a my mamy coraz bardziej dość bólu pleców, nóg i zmęczenia całodziennym poszukiwaniem. Decydujemy, że nadchodzącą noc spędzimy na plaży. Z pokerową miną przechodzimy obok strażniczej budki, pokonując bramę najbardziej ekskluzywnego resortu o nazwie "Paradise" i nie oglądając się za siebie od razu kierujemy się w stronę rozłożonych przy plaży leżaków. Wynajdujemy dwa najdalsze, zdejmujemy plecaki i rozkładamy się na mokrych już od wilgoci leżakach. Co za ulga! Trwający prawie 10 godzin spacer z ważącymi po 15 kilogramów plecakami dał nam się mocno we znaki. Spryskani przeciw komarowym sprayem, ułożyliśmy się na leżakach i zasnęliśmy w swoich jedwabnych śpiworach w ciągu kilku minut. Ranek przywitał nas szumem fal i wspaniałym wschodem słońca. Odbijająca się w morzu pomarańczowa kula, oraz czarne, szare, sine, białe i popielate chmury nisko położone nad linią horyzontu malowały obraz, który zapamiętamy na zawsze. Wyspani, szczęśliwi, przez nikogo nie zaczepiani ruszyliśmy przed siebie wciąż zadając sobie pytanie, dlaczego normalnie płacąc po 150 - 200 tysięcy dongów, Vung Tao było miastem za milion?

Za to poranny widok wart na pewno milion dolców!!
OdpowiedzUsuńZdecydowanie tak :) Mamy masę wspaniałych zdjęć ze wschodu słońca i pamiątkę, której nie kupilibyśmy za żadne pieniądze :)
UsuńZgadzam się ze wcześniejszym komentarzem- sami zafundowaliscie sobie hotel z widokiem na morze za milion dolarów. I tego nie zabierze wam nikt
OdpowiedzUsuńi takich momentów mamy znacznie więcej :)
Usuńspanie na plaży - jak romantycznie! zazdroszczę:)
OdpowiedzUsuń