15 marca 2015, Long Beach, Perhentian Island, Malezja.
Od trzech dni jesteśmy na Kecil. To maleńka wyspa położona na północnym wschodzie Malezji. Jest jedną z dwóch wysp Perhentian. Tą mniejszą, skromniejszą, bardziej backpackerską. Wyczytaliśmy, że w tej części Oceanu Spokojnego są najczystsze wody świata. I rzeczywiście nurkując wśród raf koralowych odnieśliśmy takie wrażenie. Widoczność jest oszałamiająca. Byliśmy już na wyspach Tajlandii położonych na Oceanie Indyjskim i zdecydowanie woda była mniej przyjemna. Był taki okres w moim życiu, w którym namiętnie oddawałem się malarstwu. Poświęcałem temu cały wolny czas, była to wówczas moja największa pasja i sposób na życie. Marzenia o byciu artystą malarzem gdzieś się rozpierzchły w między czasie, niemniej do dziś pozostała mi ( z czego nawiasem mówiąc jestem bardzo dumny ) niezliczona ilość barw w głowie, którymi nazywam widzianą rzeczywistość. Wyobraźcie sobie teraz lagunę, która oprócz filmowego błękitu kryje w sobie wszystkie możliwe odcienie zieleni, cyjanu, kobaltu, lapis-lazuli, szafiru czy grynszpanu. A pośrodku zatoczki przycumowana jedna łódź. Nasza. Czuliśmy się jak bohaterowie hollywoodzkiej mega produkcji, w której ja wcielałem się w postać przystojnego Christophera Atkinsa a Guga promieniowała krystalicznie białym uśmiechem Brooke Shields. Nasza rajska wyspa, z położoną z boku osamotnioną, dziką, bezludną plażą. Wystarczyło popłynąć z Long Beach kilkanaście minut by poczuć się rozbitkiem. Nasz piętnastoletni sternik o idealnie hebanowej skórze, bystrym spojrzeniu i wyraziście rysującymi się mięśniami brzucha oddalił się nieznacznie by nie przeszkadzać nam w obcowaniu z naturą, tak martwą jak i ożywioną. Wyposażeni w maski i płetwy do nurkowania mogliśmy podziwiać podwodny świat rozkoszując się widokiem far koralowych tak rozległych, tak kolorowych, tak różnorodnych, iż cały mój trud opisania tego cudu natury to …daremny trud. Tego dnia opłynęliśmy kilka plaż, nurkując podążaliśmy za ławicami tysięcy kolorowych rybek, wpływaliśmy w nie, ścigaliśmy się z nimi, a te jakby świadome naszych poczynań gwałtownie skręcały, zawracały, wpływały w głębiny albo płynęły pod samą powierzchnią morza. Bawiły się z nami dając nam szansę uczestnictwa w ich podwodnych harcach. Guga, która dotychczas bała się ryb, przełamała strach i bez oporu podglądała wyczyny tych wyśmienitych pływaków. Mieliśmy okazję płynąć razem z żółwiem gigantem, który nic sobie nie robił z naszej obecności. Mogliśmy poczuć adrenalinę i dreszcz emocji pływając między rekinami. Tych kilka godzin nurkowania w krystalicznie czystej wodzie przeniosło nas w świat doskonały, w podwodną magiczną krainę, tak bajecznie kolorową, fantazyjną, o kształtach, formie, fakturze tak unikatowej, że świadomość coraz większej degradacji tego pięknego naturalnego środowiska rodzi w nas bunt i zasmuca zarazem. Kiedy siedzi się wygodnie w fotelu a w wiadomościach donoszą o kolejnym wycieku ropy do oceanu nie uderza cię to tak mocno jak wówczas gdy widzisz ten cudowny świat i możesz go dotknąć, poczuć, posmakować. W naszej podróży cały czas towarzyszy nam ta dwubiegunowość, to rozdarcie pomiędzy zachwytem a odrazą. Wciąż balansujemy na cienkiej granicy i wciąż zastanawiamy się, czy może istnieć świat tak doskonały jak widoki, które tu zastajemy, bez góry śmieci walających się za zakrętem, za tylną bramą, za największym głazem plaży?
W pierwszy dzień pobytu tutaj wybraliśmy się na położoną po drugiej stronie wyspy plażę. Po niedługiej kąpieli w Pacyfiku postanowiliśmy sprawdzić co kryje na swoim końcu tajemnicza wybrukowana ścieżka biegnąca wzdłuż plaży. Idąc nią, z lewej strony mieliśmy ostro wznoszący się i gęsto porośnięty tropikalną roślinnością stok , z prawej wody oceanu. Pokonując kolejny metr doszliśmy do wniosku, że ścieżka ta może prowadzić dookoła całej wyspy. W ten sposób dotarlibyśmy do Long Beach nie przecinając wyspy w poprzek a idąc cały czas jej wybrzeżem. Zapowiadał się całkiem przyjemny, łatwy spacerek. Dochodziła godzina piętnasta. Miałem na sobie jedynie kąpielówki. Wybrukowana dróżka nie była dla bosych stóp żadnym wyzwaniem. Do czasu. Żadne z nas nie przypuszczało, że droga ta zaprowadzi nas w sam środek dżungli, w której prawie zastanie nas noc. A noc w czarnej, nieprzejednanej, pełnej robactwa, różnorodnych zwierząt ,bez ubrań, wody, pożywienia i latarki nie była naszym wymarzonym sposobem letniego wypoczynku. Jako pierwsze zaczęło doskwierać nam pragnienie. Byliśmy już dość daleko od jakichkolwiek zabudowań, ale będąc przekonanym, że droga doprowadzi nas do jakiejkolwiek cywilizacji parliśmy dzielnie naprzód. Widoki zapierały dech w piersiach. Z lewej strony coraz bardziej egzotyczna roślinność z prawej coraz bardziej niedostępny ocean. Po godzinie marszu napotykamy niewielką plażę, łagodne zejście i kilka drewnianych domków położonych dookoła. W recepcji dowiadujemy się, że droga rzeczywiście prowadzi dookoła wyspy, więc zakupujemy butelkę wody mineralnej za 4 zł i ruszamy przed siebie. Wciąż czując bruk pod gołymi stopami czuliśmy się bezpiecznie i bez cienia strachu czy wątpliwości parliśmy do przodu. Odgłosy dzikich zwierząt, koncerty cykad, świerszczy, żab i ptaków dobiegały z lewej, z prawej olbrzymie fale rozbijały się o skalisty brzeg. Nagle ścieżka ucina się. Droga zawalona jest wielkimi głazami. Dochodzimy do wniosku, że musi to być pozostałość po mającym tu miejsce kilka lat temu tsunami i że z całą pewnością droga wiedzie dalej. Musimy tylko pokonać przeszkodę. Na prawo zejście do brzegu jest zbyt niebezpieczne. Postanawiamy ruszyć lasem, wspinając się po stromej górze i próbując dużym łukiem obejść wyrastające nam przed nosem głazy. Metr za metrem, Guga w japonkach i ja na boso, posuwaliśmy się w górę, ostrożnie omijając ostre kamienie czy egzotyczną roślinność o kolczastych łodygach. Jeszcze tylko to jedno wzniesienie i na pewno dobrniemy do ścieżki, przekonywałem Gugę i samego siebie. Jeszcze tylko to jedno podejście, powalone drzewo, ten jeden zakręt. Zgubiliśmy się! Nie ma wyjścia, próbujemy iść dalej dołem, po kamieniach, wzdłuż linii brzegowej. Zejście w dół jest stosunkowo łatwe, ale przeskakiwanie z głazu na głaz już takie nie jest. Po kilku mozolnych minutach podczas których pokonaliśmy zaledwie parę metrów orientujemy się, że zapada zmrok. Całkowita ciemność po zachodzie słońca zapada w ciągu kilku chwil, więc mamy naprawdę niewiele czasu by odnaleźć drogę. Desperacko, w pośpiechu znów próbujemy przedrzeć się przez gęstwinę, mając nadzieję, że u szczytu wzniesienia dojrzymy jakiekolwiek rozwiązanie naszego coraz gorszego położenia. Każde rozwiązanie wydaje nam się beznadziejne. Na domiar złego szalenie stromy stok porośnięty jest czymś w rodzaju agawy, rośliny o długich ostrych, kolcowatych liściach. Nie da się jej złapać w razie czego a przechodząc obok rani nogi i wbija się kolcami w skórę. Tak mijają cenne minuty. Im wyżej udaje nam się wspiąć, tym wyższa okazuje się być góra, na szczyt której chcemy się dostać. Podejmujemy decyzję o powrocie do położonej kilka kilometrów wcześniej rybackiej wioski. Nie mamy wyjścia. Nie wiemy czy odnajdziemy drogę do Long Beach i czy w ogóle ona istnieje. Nie wiemy nawet jak daleko mamy do hostelu i czy zdążymy do niego przed zapadnięciem całkowitej ciemności. Już nie bacząc na poranione stopy, prawie biegiem kierujemy się w stronę wioski, żywiąc głęboką nadzieję, że tam znajdziemy wodną taksówkę i rybaka, który o zmierzchu zdecyduje się nas zabrać. Nie schodzimy już w stronę morza. Górą próbujemy pokonać kolejne metry. Z każdym krokiem robi się coraz ciemniej. Przestaję liczyć ilość ukąszeń komarów. Ból przestaje istnieć. Liczy się tylko powrót do wioski przed nocą. Gdy w oddali dostrzegamy meczet i pierwsze światła domostw robi się już prawie czarno. Dochodzimy do plaży. Rybak z wyraźnym zdziwieniem na twarzy obserwuje nas z ganku swojej chatki. Zapewne z takim samym zdziwieniem obserwował nas jak prawie nadzy, na boso maszerowaliśmy kilka godzin wcześniej w przeciwnym kierunku. Pytamy o transport na Long Beach. Śmiejąc się pyta, czy zgubiliśmy drogę? A więc jest droga ! Wyjaśnia nam, że po przejściu przez wyspę tsunami, tubylcy wytoczyli nowy szlak i biegnie on teraz wzdłuż znajdującej się na szczycie linii wysokiego napięcia. Patrzymy w górę. Słup z kablami dumnie stoi wyprostowany wskazując kierunek szalonym podróżnikom. Nikt nie wpadł na pomysł, by przy rozstaju dróg umieścić tabliczkę z napisem "tędy" albo chociaż strzałkę, by osoby takie jak my ni musiały błądzić w poszukiwaniu właściwej drogi. Za dwadzieścia złotych, piętnaście minut później byliśmy już na Long Beach. Obserwując trasę jaką z olbrzymią prędkością pokonaliśmy łodzią byliśmy już pewni, że tego wieczoru nie dotarlibyśmy drogą lądową do naszej plaży. Decyzja o powrocie była słuszna. Tego samego dnia mieliśmy jeszcze jedną przygodę, która na chwilę zmroziła nam krew w żyłach. Robiąc sobie zdjęcia około trzynastej, na Long Beach wynalazłem wspaniale wyglądające skupisko skał i uderzających w nie fal. I mówię do Gugi: "Kochanie ja sobie tu usiądę a Ty mi zrób piękne zdjęcie". No i wdrapałem się na górę, usiadłem pomiędzy skałami i pozuję. Fale uderzały poniżej więc wszystko było w porządku, aż nagle poczułem na ciele ogłuszającą i powalającą mnie masę spienionej wody, która nie tylko zwaliła mnie z nóg ale sprawiła, że miotałem się bezwładnie w tym leju. W pierwszym odruchu próbowałem się czegoś złapać ale siła fali była za duża a ściany skał zbyt gładkie. Więc tylko zdążyłem wystawić dłonie przed siebie by nie uderzyć z impetem w pojawiającą się nagle przede mną skałę. Uf, głowa ocalona. Ale nagle czuję jak cofająca się fala zabiera mnie ze sobą, więc powtarzam mój ślizg pomiędzy skałami ale w przeciwnym kierunku. I gdy cała woda cofnęła się całkowicie jakoś udało mi się wstać i wskoczyć na wyższe "piętro". Musiało to wyglądać przerażająco, bo wzroku Gugi stojącej kilka metrów ode mnie z aparatem w ręku nie zapomnę nigdy. Zdjęcia nie mam. Mam za to całe kości i mega wspomnienie. Dziś jest trzeci dzień naszego pobytu na tej urokliwiej wyspie. Jutro o ósmej rano wypływamy na południe by dotrzeć do liczącej 130 milionów lat, dziewiczej, prastarej dżungli. Jest to najstarsza tropikalna dżungla świata. Chcemy tam spędzić dwie doby, odcięci od cywilizacji, Internetu, prądu, walcząc z własnymi słabościami i lękami. Otoczeni endemiczną roślinnością, dzikimi zwierzętami, będziemy wsłuchiwać się w odgłosy dżungli. Lecimy. Pa! Pa!

😀
OdpowiedzUsuńA co Cię Agatko tak zastanawia, że aż dwa znaki zapytania umieściłaś pod wpisem ?
UsuńFantastyczna chociaż przerażająca opowieść o Waszych przygodach, super się czyta Ciebie Marcin :) A co do tytułu "Zagubieni" jak najbardziej trafne, jak nie ma informacji o Waszych przygodach czy na blogu czy fanpageu to zaczynam się martwić czy się nie zagubiliście daleko w dżungli. P.S. w tekście pojawia się słowo raf napisane wspak czyli far :) nie wiem czy to zbieżność czy celowość, ale takie wstawki są super :) Pozdrawiam i jak to mówią ahoj Podróżnicy ;) B.K-ek
OdpowiedzUsuńDzięki Basiu :) Zazwyczaj mamy miłe przygody a gdy nie ma nas on line oznacza to tylko tyle, że trafiliśmy do miejsca pozbawionego internetu. Jeszcze się takowe zdarzają na świecie, choć coraz rzadziej ... Nie zdziwię się, gdy niebawem Wi Fi zainstalują w jaskini w której nocowaliśmy. Mam nadzieję, że szybko nadrobimy braki na blogu, bo nie opisaliśmy jeszcze ani jednego dnia z Kambodży ( a zabawiliśmy tam tydzień ), naszego nurkowania z rekinami, masażu, który wykonywały nam dwunastolatki masując pupy, i kilku jeszcze ciekawych wątków. Ale dzieje się tak dużo, że nie wyrabiamy się z opisywaniem tego wszystkiego. Zazwyczaj schodzi wówczas trochę czasu przy kompie, a my go tu po prostu nie mamy. Całe dni zwiedzamy, a jak już mamy ochotę posiedzieć wieczorem przy kawce, to ostatnią rzeczą jaką chcesz zrobić to wklepywać literki do komputera ....
UsuńAhoj !!!! Cała naprzód !!!
Czytając to, co piszecie czasem się obawiam czy na pewno wrócicie w jednym kawałeczku... wciąż mam przed oczami wizję krokodyli pływających wokół was, rekinów i krwiożerczych komarów ;) konserwujcie się tam więc dobrze, żebyście nie robili za smaczne kąski;)
OdpowiedzUsuńCo do pięknej plaży, lazurowego oceanu, nie da się ukryć, że zazdrość zżera, mam nadzieję więc, że robicie duużo zdjęć i będę mogła choć na chwilkę tam "pobyć":)
Uważajcie na siebie! pozdrawiam cieplutko:)
Głowa do góry Olu !!! Wrócimy cali i zdrowi, choć pewnie w pierwszych dniach pobytu w Polsce rozłoży nas jakieś choróbsko jeśli kwiecień będzie taki zimny jak zapowiadają ... mamy ze sobą tylko letnie ciuchy, podkoszulki i krótkie spodenki, więc możemy się zdziwić jak po wyjściu z samolotu na lotnisku zaskoczy nas dajmy na to 10 stopni na plusie :(
UsuńNo za ciepło się nie zapowiada,ale zamawiam słońce na kwiecień do PL, żebyście nie zmarzli;) Póki co zamiast choróbska łapcie słońce, ciepło oceanu i inne radosne wspomnienia:) buziaki!
UsuńAle thriller!!! Czytałam z zapartym oddechem!
OdpowiedzUsuńWróćcie stamtąd cali.. :-)
P.S. Z wymienionych przez Ciebie na początku kolorów rozróżniam tylko zieleń... hehe ;-)
wracamy koniecznie !!! Na Twoje urodziny :)
Usuńno takiego horroru nie było od czasów Jacusia :)
UsuńNear Death Experience to najsilniejsze przeżycia.
wyciskajcie każdą chwilę i nie myście o powrocie !!
o powrocie (do podróżowania) będziecie myśleć dopiero jak się wyśpicie i najecie schaboszczaków z frytkami.
Póki co za kilkanaście dni czekają nas stosy jajek :)
UsuńA tymczasem ściskamy i ciśniemy i gnieciemy, do dostatniej kurka kropli !